Serce Noela przestaje bić. Mamy tylko 6 dni na ocalenie życia!

Moje małe, uko­cha­ne ser­dusz­ko gaśnie… Noel patrzy na mnie swo­imi duży­mi, ufny­mi ocza­mi jak­by pytał, dla­cze­go mama nie może wziąć go w ramio­na i uciec ze szpi­ta­la do nor­mal­ne­go świa­ta, w któ­rym mógł­by być po pro­stu szczę­śli­wym dziec­kiem. Ale Noel nie jest dziec­kiem jak inne. Mój synek umie­ra, bo jego ser­ce już nie daje rady… Tylko pil­na ope­ra­cja może go ura­to­wać! Już 18 sierp­nia musi­my sta­wić się w szpi­ta­lu w Rzymie. To jedy­ne miej­sce na świe­cie, w któ­rym są w sta­nie oca­lić moje­go syn­ka. Błagam o pomoc… LINK do zbiór­ki: https://www.siepomaga.pl/noel

Fot. siepomaga.pl

Jesteśmy teraz w szpi­ta­lu, gdzie każ­dy dzień jest jak cud, bo mój synek nadal żyje. Chociaż pod­łą­czo­ny do respi­ra­to­ra, bez któ­re­go nie może oddy­chać, wal­czy dziel­nie o każ­dą chwi­lę. Uśmiecha się nawet cza­sa­mi, chce się bawić i nie rozu­mie, dla­cze­go te wszyst­kie kable muszą być pod­łą­czo­ne do jego malut­kich rączek i nóżek. Stara się nimi bawić, bo prze­cież nie wie, że to nie są zabaw­ki, że inne dzie­ci mają grze­chot­ki, a jemu przy­pa­dły kable i inne medycz­ne przy­rzą­dy… Od dwóch mie­się­cy nie oddy­cha samo­dziel­nie. To wte­dy była ostat­nia ope­ra­cja… Nieoczekiwany tęt­niak w ser­cu, wal­ka o życie, godzi­ny nie­opi­sa­ne­go stra­chu i ta rur­ka w malut­kim nosku, bez któ­rej Noela już by nie było. Próbowali go odłą­czać już kil­ka razy, jed­nak bez powo­dze­nia – dusił się, a jego ser­ce koła­ta­ło w pier­si jak mały pta­szek, któ­ry chce uciec z klat­ki.

Nie było tak zawsze. Gdy byłam w cią­ży, wszyst­ko było jak w baj­ce. Kolejne bada­nia pra­wi­dło­we, a po każ­dym kolej­nym szłam uli­cą z naj­więk­szym uśmie­chem na twa­rzy. Czułam pod ser­cem ruchy Noela i tak bar­dzo na nie­go cze­ka­łam. Gdy się uro­dził, nastą­pi­ła peł­nia szczę­ścia. Wzięłam go w ramio­na i poczu­łam miłość, jakiej nigdy wcze­śniej nie doświad­czy­łam. Szczęście trwa­ło rów­no 24 godzi­ny. Po tym cza­sie zauwa­ży­łam, że coś jest nie tak – synek nie miał siły pła­kać, jego usta zro­bi­ły się sine, tak samo jak paznok­cie. Wielka radość zmie­ni­ła się w jesz­cze więk­szy strach…

Zabrali moje­go Noela na bada­nia. Szmery w ser­cu, stwier­dzi­li zapa­le­nie płuc. Nie mie­li jed­nak pew­no­ści, więc prze­wieź­li syn­ka do inne­go szpi­ta­la. Cały czas nie wie­rzy­łam, że to dzie­je się napraw­dę. Przecież moje dziec­ko nie mogło być cho­re! Cała cią­ża prze­bie­ga­ła pra­wi­dło­wo, a ja nie zła­pa­łam nawet kata­ru! Dlaczego więc to wszyst­ko nas spo­ty­ka­ło? Byłam pew­na, że to pomył­ka, że to nic poważ­ne­go… Jednak gdy zoba­czy­łam, jak zabie­ra­ją syn­ka w inku­ba­to­rze, moje ser­ce roz­pa­dło się na kawał­ki. Przecież dopie­ro co go uro­dzi­łam, nie mia­łam nawet cza­su się nim nacie­szyć, nie mogłam go nawet przy­tu­lić, a już mia­łam go stra­cić?

Potem, jak naj­gor­szy kosz­mar, przy­szła dia­gno­za: atre­zja płuc­na z ubyt­kiem prze­gro­dy mię­dzy­ko­mo­ro­wej i naczy­nia typu MAPCA (prze­to­ki naczy­nio­we). Powiedzieli nam, że może umrzeć w każ­dej chwi­li. Szok i dła­wią­ce łzy. Pozostała nam tyl­ko modli­twa… Po kil­ku tygo­dniach leka­rze zade­cy­do­wa­li, że Noel może wró­cić z nami do domu i tam cze­kać na ope­ra­cję – na razie był jesz­cze za mały, mógł jej nie prze­żyć. Z drże­niem ser­ca poje­cha­li­śmy do domu i cze­ka­li­śmy na dzień zabie­gu. Prawie nie odcho­dzi­łam od łóżecz­ka syn­ka, cały czas spraw­dza­jąc, czy oddy­cha, czy jego cho­re ser­dusz­ko bije…

26.03.2017 r. odby­ła się pierw­sza ope­ra­cja, trwa­ła ponad 8 godzin. Po mie­sią­cu mogli­śmy zno­wu wró­cić do domu. Miało być już dobrze, ale czu­li­śmy, że coś jest nie tak – Noel nie chciał jeść, zaczął tra­cić na wadze, zro­bił się apa­tycz­ny, uśmiech cał­kiem zgasł. Jak naj­szyb­ciej poje­cha­li­śmy do szpi­ta­la, a tam szok – oka­za­ło się, że Noel ma wiel­kie­go tęt­nia­ka w samym ser­cu, któ­ry w każ­dej chwi­li może pęk­nąć, zabi­ja­jąc moje dziecko!Trzeba było jak naj­szyb­ciej ope­ro­wać, a my znów prze­ży­wa­li­śmy ten sam kosz­mar.

Operacja trwa­ła jesz­cze dłu­żej niż ta pierw­sza. Doszło do obrzę­ku płuc, a moje dziec­ko led­wo ją prze­ży­ło. Pozwolili mi go zoba­czyć i tego wido­ku nie zapo­mnę do koń­ca życia: Noel leżał z otwar­tym most­kiem, był w głę­bo­kiej śpiącz­ce. Tonął w morzu kabli i apa­ra­tu­ry, któ­ra pod­trzy­my­wa­ła go przy życiu. Synek do tej pory nie odzy­skał swo­je­go odde­chu, cały czas jest pod­łą­czo­ny do respi­ra­to­ra, któ­ry za nie­go oddy­cha. Serce jest nie­wy­dol­ne…

Nie wie­dzą, jak pomóc moje­mu syn­ko­wi. Proponują jed­ną ope­ra­cję, a jak nie wyj­dzie, kolej­ną. Jaką? Się zoba­czy… Niczego nie gwa­ran­tu­ją, nie obie­cu­ją nawet. A ja żyję w nie­pew­no­ści, co będzie jutro, czy nadal będę mamą, czy mój syn sta­nie się anioł­kiem i zosta­wi mnie zroz­pa­czo­ną na tym świe­cie? Nie mogli­śmy po pro­stu cze­kać, zaczę­li­śmy szu­kać ratun­ku. I poja­wił się, w Rzymie! Prof. Carotti ze Szpitala Dzieciątka Jezus, z któ­rym się skon­tak­to­wa­li­śmy, dał nam nadzie­ję i chce się pod­jąć ope­ra­cji nasze­go dziec­ka! Opracował już plan lecze­nia, cze­ka­ją już tam na nas, goto­wi, by ura­to­wać Noela. Dlaczego więc jesz­cze nie leci­my? Bo nie mamy pie­nię­dzy…

To takie strasz­ne, że od nich zależ­ne jest życie moje­go synecz­ka… Koszty nas prze­ra­ża­ją, bo musi­my zapła­cić nie tyl­ko za ope­ra­cję, ale tak­że za spe­cja­li­stycz­ny trans­port medycz­ny. Na razie cho­ciaż w jed­ną stro­nę, bo nie myślę, co będzie dalej. Najważniejsze to zna­leźć się we wło­skiej kli­ni­ce, żeby Noel tra­fił w ręce spe­cja­li­stów, któ­rzy ratu­jąc jego ser­dusz­ko oca­lą jego życie… Nie może­my po pro­stu wsa­dzić syn­ka do wóz­ka, wsiąść do samo­lo­tu i pole­cieć do szpi­ta­la. Musi go zabrać karet­ka na sygna­le do samo­lo­tu-ambu­lan­su, gdzie lekarz i pie­lę­gniar­ka w każ­dej chwi­li goto­wi będą rato­wać życie moje­go syn­ka. Potem, już w Rzymie, zno­wu karet­ka pro­sto do kli­ni­ki, gdzie cze­kał już będzie zespół spe­cja­li­stów. I w koń­cu przyj­dzie kolej na napra­wę zepsu­te­go ser­ca…

Wyobrażam sobie tę chwi­lę, marzę o niej i wie­rzę, że to marze­nie się speł­ni. Przecież moje dziec­ko nie może umrzeć… Czy się boję? Jak nigdy. Boję się, że nie zdą­żę, boję się cze­ka­nia na kory­ta­rzu te dłu­gie godzi­ny, pod­czas któ­rych naj­waż­niej­sza dla mnie isto­ta będzie zda­na na umie­jęt­no­ści leka­rzy. Wiem jed­nak, że to naj­lep­si spe­cja­li­ści i jedy­ny ratu­nek dla moje­go syn­ka. Wiara jest więk­sza niż strach, a ja muszę wie­rzyć, że się uda. Nie mam inne­go wyj­ścia. Modlę się, ale to za mało. Dlatego dzi­siaj bła­gam Was o pomoc. Mamy tyl­ko 6 dni na uzbie­ra­nie astro­no­micz­nej kwo­ty 200 tys. zł.

Tylko z Wami uda się oca­lić Noela. Sami nie ura­tu­je­my nasze­go dziec­ka, stra­ci­my sens i cel nasze­go życia. Z nim odej­dzie wszyst­ko… Pomóżcie ura­to­wać Noela.

Copyright © 2016 warszawawpigulce.pl Powered by BLUEICE Warszawę w Pigułce obsługuje Biuro Rachunkowe MP-Consulting i Partnerzy s.c.