Kara za sukces w Polsce. Miliony Polaków wpadają w podatkową pułapkę. Rząd ma związane ręce

Miał być podatek dla najbogatszych, a staje się biczem na klasę średnią, specjalistów i nauczycieli. Polski system podatkowy po cichu drenuje kieszenie obywateli, którzy mieli pecha otrzymać podwyżki inflacyjne. Próg 120 tysięcy złotych, który jeszcze niedawno wydawał się granicą luksusu, dziś staje się pułapką dla niemal dwóch milionów Polaków. Eksperci biją na alarm: jeśli nic się nie zmieni, wkrótce co dziesiąty pracownik odda fiskusowi jedną trzecią swojej pensji, a rząd – z uwagi na unijne procedury – nie zamierza kiwnąć palcem.

Fot. Warszawa w Pigułce

Zjawisko, z którym mamy do czynienia, ekonomiści nazywają „zimną progresją”. Mechanizm jest prosty i bezlitosny: progi podatkowe stoją w miejscu, ale wynagrodzenia rosną, goniąc inflację. W efekcie coraz więcej osób, mimo że realnie nie stają się bogatsi, wpada w wyższe widełki podatkowe. Najnowsze dane Ministerstwa Finansów za 2024 rok są szokujące. Już blisko 2 miliony podatników wpadło w drugi próg podatkowy, co oznacza konieczność oddawania państwu aż 32 proc. dochodów powyżej limitu.

Iluzja bogactwa

Jeszcze w 2022 roku, po wprowadzeniu reform Polskiego Ładu i podniesieniu progu do 120 tys. zł, wydawało się, że problem wyższej stawki dotyczy marginesu społeczeństwa. Wówczas w drugim progu znajdowało się zaledwie 3 proc. podatników. To była elita. Dziś, zaledwie dwa lata później, ten odsetek wystrzelił do 7,9 proc.

Dlaczego to tak niebezpieczne? Ponieważ próg wejścia w stawkę 32 proc. to zarobki rzędu ok. 10 tys. zł brutto miesięcznie. Przy obecnych kosztach życia w dużych miastach, cenach mieszkań i usług, kwota ta pozwala na godne życie, ale z pewnością nie na luksusy, jakie kojarzą się z „bogatymi”, dla których teoretycznie przeznaczona jest ta stawka.

Prognozy są jeszcze bardziej ponure. Ekonomiści szacują, że jeśli rząd nie zwaloryzuje progu podatkowego, w 2025 roku w pułapkę wpadnie nawet 11-12 proc. podatników. System, który miał redystrybuować majątek najzamożniejszych, zaczyna uderzać w inżynierów, informatyków, lekarzy, a nawet… nauczycieli.

Nauczyciel w roli krezusa?

Absurd obecnej sytuacji najlepiej obrazuje sektor oświaty. Nauczyciel dyplomowany, który chcąc łatać braki kadrowe w szkole lub po prostu dorobić do pensji, weźmie półtora etatu, automatycznie staje się dla fiskusa „bogaczem”. Przekroczenie kwoty 11 880 zł brutto miesięcznie (co przy nadgodzinach i dodatkach jest osiągalne) sprawia, że pod koniec roku z jego konta znikają pokaźne sumy.

Wielu pracowników orientuje się w sytuacji dopiero w listopadzie lub grudniu, gdy na konto wpływa pensja niższa o kilkaset lub nawet kilka tysięcy złotych. To efekt przekroczenia limitu 120 tys. zł dochodu narastająco. Rozczarowanie i frustracja to w takich momentach najłagodniejsze reakcje.

Bruksela patrzy na ręce, Warszawa zaciska pas

Dlaczego rząd nie podniesie progu, np. do 150 lub 180 tysięcy złotych, by dostosować go do realnej siły nabywczej pieniądza? Odpowiedź jest krótka: deficyt.

Polska, wraz z siedmioma innymi państwami UE, została objęta procedurą nadmiernego deficytu. Nasze finanse publiczne są pod lupą Komisji Europejskiej. Deficyt sektora finansów publicznych przekroczył 3 proc. PKB, głównie z powodu gigantycznych wydatków na zbrojenia. Choć rząd liczy na łagodne traktowanie wydatków obronnych przez Unię, na razie nie ma twardych decyzji.

Jesteśmy więc w kleszczach. Z jednej strony musimy stabilizować budżet i ograniczać dziurę budżetową, co ma potrwać aż do 2028 roku. Z drugiej – każda ulga podatkowa to mniejsze wpływy. Ministerstwo Finansów wyliczyło, że samo zwaloryzowanie progu o wskaźnik inflacji (do ok. 126 tys. zł) kosztowałoby budżet blisko 3 miliardy złotych. W obecnej sytuacji politycznej i gospodarczej rządzący wolą „nie zauważać” problemu i czerpać korzyści z rosnących wpływów z PIT, niż narażać się na krytykę Brukseli. Obietnica podniesienia kwoty wolnej od podatku do 60 tys. zł również została odłożona na półkę „na święte nigdy”.

Ucieczka na B2B

Skutki zamrożenia progów są łatwe do przewidzenia. Polacy, którzy czują, że państwo karze ich za pracowitość i rozwój, szukają dróg ucieczki. Eksperci, w tym Małgorzata Samborska z Grant Thornton, wskazują na rosnącą popularność samozatrudnienia.

Przejście na kontrakt B2B pozwala na wybór podatku liniowego (stałe 19 proc. niezależnie od dochodów) lub ryczałtu. Dla specjalisty zarabiającego 15-20 tys. zł miesięcznie różnica w kieszeni między etatem (z drugim progiem 32 proc.) a fakturą jest kolosalna.

Tworzy to jednak patologię na rynku pracy. Pracownicy są wypychani na działalność gospodarczą, tracąc przywileje kodeksowe (urlopy, ochrona przed zwolnieniem), a państwo traci wpływy do ZUS. System, zamiast być sprawiedliwy, staje się dziurawy i promuje kombinowanie.

Jesteśmy świadkami cichej rewolucji podatkowej. Bez ogłaszania nowych ustaw, bez medialnych konferencji, rząd de facto podnosi podatki klasie średniej, wykorzystując inflację. Grupa niespełna dwóch milionów osób staje się głównym sponsorem budżetu, dźwigając ciężar nieproporcjonalny do swoich realnych majątków. W obliczu procedury nadmiernego deficytu i wydatków na armię, na ulgę nie ma co liczyć. Pozostaje pytanie: jak długo najbardziej produktywna część społeczeństwa będzie akceptować karę za swój sukces?

Obserwuj nas w Google News
Obserwuj
Capital Media S.C. ul. Grzybowska 87, 00-844 Warszawa
Kontakt z redakcją: Kontakt@warszawawpigulce.pl

Copyright © 2023 Niezależny portal warszawawpigulce.pl  ∗  Wydawca i właściciel: Capital Media S.C. ul. Grzybowska 87, 00-844 Warszawa
Kontakt z redakcją: Kontakt@warszawawpigulce.pl