Jeden donos sąsiada i zapłacisz 5000 zł kary. Inspektor nie potrzebuje zaproszenia

Wydaje Ci się, że na własnej działce jesteś panem i władcą? Że mały domek na narzędzia postawiony w rogu ogrodu to Twoja prywatna sprawa, o którą nikt nie będzie pytał? Błąd. Polskie prawo budowlane jest bezlitosne dla samowoli, a granica Twojej wolności kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się linia zabudowy. Wystarczy jeden „życzliwy” telefon od sąsiada lub rutynowy przelot drona nad okolicą, by sielanka zamieniła się w finansowy koszmar. Sprawdź, dlaczego zwykła metrówka w rękach urzędnika może kosztować Cię więcej niż nowy samochód.

Fot. Shutterstock

„Metoda gospodarcza” to proszenie się o kłopoty

Wiosna i lato to czas, kiedy w polskich ogrodach jak grzyby po deszczu wyrastają nowe konstrukcje. Altany, drewutnie, blaszane garaże czy solidne kojce dla psów – większość z nich powstaje bez żadnego projektu i zgłoszenia. Właściciele wychodzą z założenia, że skoro obiekt jest mały, nikomu nie wadzi i stoi „u siebie”, to urzędnikom nic do tego.

Problem w tym, że dla Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego (PINB) pojęcia „małe i nieszkodliwe” nie istnieją. Istnieje za to twarda definicja obiektu budowlanego oraz precyzyjne wymogi dotyczące jego lokalizacji. Każda budowla trwale związana z gruntem (a czasem nawet i nietrwale, jeśli pełni określoną funkcję) musi spełniać przepisy.

Kiedy sprawa wychodzi na jaw – a najczęściej dzieje się to w momencie sąsiedzkiego konfliktu o miedzę lub hałas – machina biurokratyczna rusza. Inspektor przyjeżdża na kontrolę, stwierdza samowolę budowlaną i wystawia rachunek. Nie jest to zwykły mandat 500 zł. To opłata legalizacyjna, która dla małych obiektów gospodarczych (np. garażu czy szopy) wynosi na start sztywne 5000 złotych. Nagle okazuje się, że „papier” kosztuje dwa razy więcej niż materiały na budowę.

Zabójcza geometria: 3 i 4 metry od płotu

Sama wola zapłacenia kary i zalegalizowania budowli to za mało. Aby urzędnik w ogóle przyjął wniosek legalizacyjny, obiekt musi być zgodny z przepisami techniczno-budowlanymi. Najważniejszym z nich jest odległość od granicy działki.

Tutaj wkracza inspektor z metrówką. Przepisy są jasne i nieubłagane:

  • 4 metry: Tyle musi wynosić minimalna odległość ściany z oknem lub drzwiami od granicy z sąsiednią działką.
  • 3 metry: Tyle wynosi minimum dla ściany „ślepej”, czyli bez otworów okiennych i drzwiowych.

Istnieją wyjątki (np. gdy Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego pozwala na 1,5 metra lub budowę bezpośrednio w granicy), ale są one rzadkie i ściśle określone. Jeśli Twój blaszak stoi „przyklejony” do płotu sąsiada lub metr od niego, masz gigantyczny problem.

Podwójne uderzenie w portfel. Rozbiórka na koszt własny

Jeśli obiekt narusza przepisy odległościowe, procedura legalizacyjna staje się niemożliwa do przeprowadzenia w prosty sposób. Urząd wyda nakaz doprowadzenia budynku do stanu zgodnego z prawem. W praktyce oznacza to konieczność fizycznej przebudowy (np. zamurowania okna) lub przesunięcia całego obiektu. W przypadku konstrukcji murowanej przesunięcie jest niemożliwe, więc w grę wchodzi tylko jedno: rozbiórka części lub całości budynku.

Obserwuj nas w Google News
Obserwuj
Capital Media S.C. ul. Grzybowska 87, 00-844 Warszawa
Kontakt z redakcją: Kontakt@warszawawpigulce.pl

Copyright © 2023 Niezależny portal warszawawpigulce.pl  ∗  Wydawca i właściciel: Capital Media S.C. ul. Grzybowska 87, 00-844 Warszawa
Kontakt z redakcją: Kontakt@warszawawpigulce.pl