Demograficzna katastrofa w polskim mieście. 130 tys. ludzi zniknęło z mapy
Z najnowszych danych wynika, że jedno z największych polskich miast w ciągu dwóch dekad straciło ponad 130 tys. mieszkańców. Oficjalne statystyki mówią o demograficznym tąpnięciu i rekordowym tempie wyludniania. Samorząd alarmuje, że stawką w sporze o liczby są inwestycje, miejsca pracy i przyszłość całego regionu.

Fot. Shutterstock
Miasta w Polsce, które najszybciej się wyludniają. Spór o dane i przyszłość Łodzi
Najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego ponownie rozgrzały debatę o demografii w największych polskich miastach. Według oficjalnych zestawień jednym z najszybciej wyludniających się ośrodków jest Łódź. W ciągu dwóch dekad liczba mieszkańców miała spaść o ponad 130 tys. osób. Władze miasta podważają jednak tę narrację i wskazują, że statystyki nie pokazują pełnego obrazu.
Bezlitosne dane GUS
Z danych GUS wynika, że w 2002 r. Łódź liczyła około 785 tys. mieszkańców. Najnowsze szacunki mówią o około 655 tys. Oznacza to spadek rzędu 130 tys. osób w ciągu 20 lat. Taka dynamika sprawiła, że miasto zaczęło być określane jako jedno z najszybciej wyludniających się w kraju.
Eksperci wskazują na kilka przyczyn tego zjawiska. To przede wszystkim migracje do większych ośrodków, w tym Warszawy, a także proces suburbanizacji. Część mieszkańców przenosi się do okolicznych gmin, takich jak Rzgów czy Aleksandrów Łódzki, zachowując jednak zawodowe i społeczne związki z Łodzią. W momencie zmiany meldunku przestają być ujmowani w statystykach jako mieszkańcy miasta.
Metodologia pod lupą
Władze Łodzi nie zgadzają się z tezą o masowej „ucieczce” mieszkańców. Urzędnicy podkreślają, że metodologia oparta głównie na rejestrze PESEL i danych meldunkowych nie nadąża za współczesną mobilnością społeczeństwa. Coraz więcej osób wynajmuje mieszkania i nie dokonuje formalnego zameldowania.
Miasto wskazuje również, że wcześniejsze prognozy demograficzne okazywały się zbyt pesymistyczne. Według szacunków sprzed kilku lat populacja miała spaść poniżej 660 tys., tymczasem Narodowy Spis Powszechny wykazał ponad 670 tys. mieszkańców.
Łódzki magistrat przywołuje także alternatywne metody szacowania liczby mieszkańców. Jedną z nich jest analiza nocnych logowań telefonów komórkowych do stacji bazowych. Z takich danych wynika, że realna liczba osób przebywających nocą w mieście może sięgać nawet 760 tys.
Podobne wnioski mają płynąć z analizy zużycia wody oraz ilości wytwarzanych odpadów komunalnych. Parametry te – zdaniem urzędników – nie wskazują na tak duży odpływ ludności, jak sugerują oficjalne statystyki.
„Niewidzialni” mieszkańcy
Istotnym elementem sporu jest grupa osób, które nie figurują w rejestrach meldunkowych. Szacuje się, że może chodzić o około 68 tys. ludzi – w tym studentów i cudzoziemców. Łódź jako ośrodek akademicki i logistyczny przyciąga osoby z innych regionów i z zagranicy, które pracują i mieszkają w mieście, ale nie zawsze dopełniają formalności meldunkowych.
Magistrat zwraca też uwagę na tzw. ludność dzienną. Według wyliczeń każdego dnia w granicach miasta przebywa ponad 842 tys. osób – uwzględniając dojeżdżających do pracy i szkół.
Dlaczego liczby mają znaczenie
Spór o dane demograficzne ma wymiar nie tylko wizerunkowy, lecz także gospodarczy. Prognozy liczby mieszkańców są kluczowe dla inwestorów, deweloperów i sieci handlowych. Miasto postrzegane jako szybko się wyludniające może być uznane za rynek o podwyższonym ryzyku.
Z drugiej strony władze Łodzi wskazują na stabilny popyt na mieszkania i rozwój rynku nieruchomości jako argument, że realna liczba mieszkańców jest wyższa niż wynika z oficjalnych raportów.
Debata o wyludnianiu pokazuje, jak duże znaczenie ma sposób liczenia mieszkańców w dobie rosnącej mobilności. Od tego, która narracja okaże się bliższa rzeczywistości, może zależeć kierunek inwestycji i tempo rozwoju całego regionu.

Inżynier gastronomii i szef kuchni. Absolwent Gastronomii i Sztuki Kulinarnej na Uniwersytecie Przyrodniczym w Lublinie. W redakcji łączy inżynierskie podejście do technologii żywności z wieloletnią praktyką za „sterami” profesjonalnej kuchni. Specjalizuje się w prześwietlaniu składów produktów, tropieniu „paragonów grozy” oraz wyjaśnianiu standardów sanitarnych. Jego teksty pomagają czytelnikom nie tylko lepiej gotować, ale przede wszystkim świadomie kupować i jeść bezpiecznie.