37,1 stopnia w Warszawie już w 1904 roku. Tak nasi przodkowie radzili sobie bez klimatyzacji
Rekordowe upały to w Polsce nie wynalazek ostatnich lat. W Warszawie temperatura sięgała 37,1 stopnia już w 1904 roku, a w 1921 roku cały kraj przeżył najgorętsze lato w historii pomiarów – z temperaturą 40,2 stopnia w Prószkowie. Klimatyzacji wtedy nikt nie znał, lodówka elektryczna była towarem z bajki, a mieszkańcy międzywojennej Polski i tak jakoś przetrwali. Część ich metod wciąż się sprawdza.

Warszawski rekord, który przetrwał 121 lat
17 lipca 1904 roku w Warszawie termometry pokazały 37,1 stopnia – to był rekord dla stolicy, który przetrwał aż do lipca 2025 roku, gdy stacja Meteo Warszawa zmierzyła 37,68 stopnia. Sam rekord całej Polski padł kilkanaście lat później, 29 lipca 1921 roku, gdy w Prószkowie koło Opola termometry wskazały 40,2 stopnia. Tego samego dnia w Zbiersku w Wielkopolsce było 40 stopni, a w samym Poznaniu – 38,7.
Rekord ten zostanie pobity już dziś. Pytanie tylko o ile. IMGW podało, że 28 czerwca w Warszawie temperatura już przekroczyła 37,5 stopnia. Czy będzie więcej? Tego dowiemy się już niedługo.
Lodówka jak nowy samochód – dlaczego niemal nikogo nie było na nią stać
W II Rzeczpospolitej elektryczna lodówka pozostawała czystą abstrakcją dla zwykłego mieszkańca. Amerykański model kosztował tyle, ile robotnik zarabiał przez dziesięć miesięcy pracy – klimatyzacja, jeśli ktoś już o niej słyszał, była luksusem zarezerwowanym dla nielicznych zamożnych domów czy instytucji.
Funkcję dzisiejszej lodówki w przedwojennych domach pełniły piwnice oraz tak zwane lodownie pokojowe – niewielkie szafy termoizolacyjne, które nie mroziły jak współczesny zamrażalnik, ale dzięki regularnie dostarczanemu lodowi utrzymywały niską temperaturę. Każda taka lodownia miała mały kranik, którym odprowadzano wodę ze stopionego lodu – bez tego rozwiązania szafa szybko zalałaby podłogę.
Lód wycinany zimą z zamarzniętych stawów
Sam lód, którym napełniano domowe lodownie, pochodził z najbardziej naturalnego źródła możliwego w polskim klimacie – z zamarzniętych rzek i stawów. Specjalistyczne firmy wycinały duże bryły lodu w środku zimy, gdy mróz był najtęższy, i przechowywały je w głębokich piwnicach lub specjalnie wykopanych jamach, gdzie nawet w środku lata utrzymywała się temperatura poniżej zera.
W latach 20. i 30. metoda ta zaczęła już budzić wątpliwości sanitarne – naturalny lód z rzek i stawów nigdy nie był idealnie czysty, a topiąc się, uwalniał do powietrza nieprzyjemną stęchlizną razem z drobnoustrojami. Mimo to dla większości polskich domów był to jedyny realnie dostępny sposób na chłodzenie żywności i napojów przez całe lato, łącznie z najgorętszymi tygodniami.
Pałacowa lodownia jako pierwowzór klimatyzacji
Zamożniejsze dwory i rezydencje już w XIX wieku budowały własne lodownie – budowle wznoszone najczęściej na niewielkim wzgórzu, w cieniu starych, rozłożystych drzew, z podwójnymi ścianami wypełnionymi słomą jako izolacją termiczną. Taka konstrukcja, choć kosztowna, służyła nie tylko do przechowywania mięsa czy nabiału, ale stawała się też ratunkiem dla domowników w największy skwar – to właśnie tam przygotowywano chłodne napoje i lody, korzystając z zapasów zgromadzonych zimą.
Dla osób bez dostępu do własnej lodowni alternatywą były wyspecjalizowane firmy dostawcze, które rozwoziły lód do domów klientów – podobny model funkcjonował też w wielu miastach amerykańskich i europejskich w tej samej epoce, choć w Polsce rozwijał się wolniej, ze względu na niższy poziom zamożności społeczeństwa.
Stuletnie metody, które wciąż działają
Piwnica jako naturalnie chłodne pomieszczenie wciąż sprawdza się tam, gdzie jest dostępna – jeśli masz w domu czy bloku piwnicę lub schowek poniżej poziomu gruntu, przechowywanie tam żywności i napojów w upalne dni nadal działa na tej samej zasadzie, co sto lat temu, tylko bez konieczności dowożenia lodu. Sama logika lodowni – izolacja termiczna i umieszczenie chłodnego pomieszczenia w zacienionym, niewystawionym na słońce miejscu – to dokładnie ta sama zasada, która dziś stoi za dobrze zaprojektowaną piwnicą czy garażem podziemnym.
Jeśli nie masz klimatyzacji, można podpatrzeć logikę przedwojennych gospodarstw inaczej – zamiast walczyć z upałem w środku dnia, warto przenieść większość aktywności na chłodniejsze godziny, tak jak robiły to pokolenia przed wynalezieniem elektrycznego chłodzenia. Mokra ściereczka na karku, zacienione okna od strony słońca i unikanie otwierania drzwi do najchłodniejszych pomieszczeń w ciągu dnia – to metody, które nie wymagały prądu sto lat temu i nie wymagaja go też dzisiaj.
Redaktor naczelny serwisu. Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Warszawskim z ponad 15-letnim doświadczeniem w mediach. Specjalista ds. strategii informacyjnych i komunikacji kryzysowej. Wieloletni inwestor giełdowy i praktyk rynków finansowych. W swoich tekstach łączy warsztat dziennikarski z praktyczną wiedzą o podatkach, inwestowaniu i mechanizmach rynkowych, tłumacząc zawiłości ekonomii na język codzienny.