JP Morgan policzył, kiedy światu zacznie brakować ropy. Po tej dacie ceny na stacjach dwucyfrowe
Ceny paliw na polskich stacjach są dziś sztucznie utrzymywane przez rząd na poziomie 6,21 zł za litr benzyny i 7,87 zł za litr diesla. Bez pakietu osłonowego CPN byłoby nawet 8,50 zł za olej napędowy. Brzmi jak dobra wiadomość – ale analitycy JP Morgan właśnie policzyli, że za mniej więcej 6 tygodni świat może wejść w fazę realnych niedoborów ropy, gdy cena przestanie rosnąć na fali spekulacji, a zacznie rosnąć dlatego, że surowca po prostu zaczyna brakować. Przy takim scenariuszu nawet dzisiejsze ulgi przestaną wystarczać.

Fot. Pixabay
Skąd wziął się ten kryzys i jak głęboko sięga
28 lutego 2026 r. USA i Izrael przeprowadziły skoordynowane uderzenia na cele w Iranie. W odpowiedzi Iran zablokował Cieśninę Ormuz – węzeł, przez który przepływa blisko 30 proc. ropy transportowanej drogą morską. To nie jest tylko problem dla Bliskiego Wschodu. To problem dla każdego kierowcy w Europie.
Przez cieśninę nie płynie jednak tylko sama ropa – zamknięcie Ormuzu oznacza też odcięcie dostępu do instalacji wydobywczych w całej Zatoce Perskiej. Świat produkuje łącznie ok. 90 mln baryłek ropy dziennie. Z tego kraje Zatoki Perskiej dostarczają normalnie 25-30 mln baryłek. Dziś połowa tego potencjału jest uziemiona – wydobycie w Iraku spadło o 80 proc., w Katarze o dwie trzecie, w Zjednoczonych Emiratach Arabskich o połowę, w Arabii Saudyjskiej o jedną trzecią. Zamiast 30 mln baryłek dziennie region produkuje 13-14 mln.
Arabia Saudyjska próbuje łatać lukę rurociągiem Abqaiq-Yanbu, który przesyła ropę z wschodnich pól naftowych do portu Yanbu nad Morzem Czerwonym, z pominięciem Ormuzu. Jego przepustowość to ok. 5 mln baryłek dziennie – ułamek tego, czego brakuje. Rurociąg pracuje na pełnych obrotach, ale dziury nie zasypie.
JP Morgan policzył termin. Połowa maja przełomowa
Analitycy JP Morgan weszli w obecny kryzys z założeniem, że świat miał na starcie zapasy komercyjnej ropy na poziomie 1,1 mld baryłek. Wyznaczyli też próg alarmowy: 850 mln baryłek. Poniżej tego poziomu rynek przestaje polegać na buforze zapasów, a kupujący zaczynają się niepokoić nie dlatego, że cena jest wysoka, ale dlatego, że zastanawiają się, czy w ogóle dostaną surowiec.
Bank szacuje, że przy obecnym tempie zużywania zapasów – ok. 166 mln baryłek w samym kwietniu i kolejne 67 mln w pierwszej połowie maja – zapasy mogą zejść do 840-850 mln baryłek mniej więcej za 6 tygodni. To moment, w którym mechanizm cenowy zmienia swój charakter: ze spekulacyjnego w rzeczywisty deficyt. Wtedy ceny przestają rosnąć dlatego, że inwestorzy grają na zwyżkę, a zaczynają rosnąć dlatego, że realnie brakuje surowca.
Dla porównania: kiedy Rosja zaatakowała Ukrainę w lutym 2022 r., zapasy komercyjne w krajach OECD nie przekraczały 970 mln baryłek – co wtedy i tak uznawano za poziom „niebezpiecznie niski”. Dziś zmierzamy ku 840 mln baryłek przy skali zakłóceń w dostawach kilkukrotnie większej niż w 2022 r.
Ile może kosztować ropa, gdy zabraknie buforu?
JP Morgan nie podał wprost, jaka cena wyniknie z realnego deficytu – to zależy zbyt od wielu zmiennych. Analitycy innych banków i biur analitycznych są już jednak mniej ostrożni w sformułowaniach. Przy przełamaniu progu zapasów scenariusz 150 dol. za baryłkę jest przez większość uznawany za realistyczny. Część prognoz mówi o 200 dol. Firma analityczna Enverus prognozuje, że średnia cena ropy utrzyma się na poziomie ok. 95 dol. za baryłkę w 2026 r. i ok. 100 dol. w 2027 r., zakładając że sytuacja nie ulegnie dalszej eskalacji. Goldman Sachs podwyższył z kolei prognozę średniego Brent na 2026 r. do 85 dol., ale jednocześnie ocenia, że w samym kwietniu ceny mogą sięgać 115 dol.
Na razie ropa WTI kosztuje ok. 112 dol. za baryłkę (stan na 5 kwietnia 2026 r.), a Brent w szczytowym momencie dotykał 140 dol. – poziomów niewidzianych od 2008 r. To jeszcze efekt spekulacji i strachu. Faza realnego deficytu – gdyby do niej doszło – mogłaby wywindować ceny znacznie wyżej i szybciej niż obecny skok.
Co ważne, JP Morgan przyjmuje założenie, że stan destrukcji infrastruktury wydobywczej w Zatoce Perskiej nie pogłębi się. Co złe miało się wydarzyć, już się wydarzyło. To scenariusz optymistyczny – zakłada, że cieśnina pozostaje wprawdzie zamknięta, ale rurociągi są bezpieczne i konflikt nie eskaluje.
Polski rząd wpadł we własną pułapkę
26 marca premier Donald Tusk ogłosił pakiet „CPN – Ceny Paliwa Niżej”. Od 31 marca na polskich stacjach obowiązują maksymalne ceny paliw, ustalane codziennie przez ministra energii Miłosza Motykę. VAT na paliwa spadł z 23 do 8 proc., akcyza została zredukowana do minimum dopuszczonego przez prawo unijne, a każda stacja sprzedająca drożej od limitu ryzykuje grzywnę do 1 mln zł. W Wielki Piątek 4 kwietnia benzyna Pb95 kosztuje maksymalnie 6,21 zł/l, diesel – 7,87 zł/l.
Bez tych interwencji Polacy płaciliby za benzynę ok. 7,1-7,4 zł/l, a za diesel nawet 8,5 zł/l. Pakiet kosztuje budżet ok. 1,6 mld zł miesięcznie – 900 mln zł z tytułu obniżki VAT i 700 mln zł z obniżki akcyzy. W skali kwartału to nawet 5 mld zł. Rząd planuje częściowe pokrycie tych kosztów z podatku od nadmiarowych zysków koncernów paliwowych, ale mechanizm ten jest dopiero projektowany.
Problem polega na tym, że CPN jest rozwiązaniem na dziś, a nie na następne miesiące. Obniżka VAT obowiązuje wyłącznie do 30 czerwca 2026 r., obniżka akcyzy – do 15 kwietnia, choć może być przedłużana rozporządzeniem. Jeśli za 6 tygodni ropa przebije 150 dol. za baryłkę, a JP Morgan ma rację co do terminu wyczerpania buforu zapasów, ceny hurtowe paliw wzrosną proporcjonalnie – i żadna formuła cenowa nie uchroni konsumentów, bo formuła jest wyliczana na bazie cen hurtowych.
Minister Motyka, pytany w radiowej Jedynce jak długo pakiet będzie obowiązywał, odparł: „do wtedy, gdy będzie potrzeba”. Tyle że im dłużej trwa, tym trudniej go wycofać. Polska importuje ok. 20 proc. benzyny i aż 30 proc. oleju napędowego. Przy zbyt niskich cenach regulowanych import przestaje być opłacalny dla zewnętrznych dostawców i znika z rynku. Wtedy do problemu wysokiej ceny dochodzi problem braku paliwa.
Polska dysponuje rezerwami strategicznymi – prawo wymaga utrzymywania zapasów paliwa na minimum 90 dni. Nie ma sygnałów, by były one w znaczącym stopniu naruszone. Ale przy ewentualnym panicznym wzroście popytu – gdy kierowcy zaczną wyprzedzać podwyżki, ustawiając się w kolejkach – wąskie gardła logistyczne mogą sprawić, że nawet pełne zbiorniki nie zapobiegną lokalnym niedoborom na stacjach.
Co oznacza ropa po 200 dolarów za baryłkę
Analitycy są w tej kwestii zgodni: przy ropie powyżej 150-180 dol. za baryłkę żadna tarcza rządowa nie byłaby w stanie utrzymać jednocyfrowych cen paliwa na polskich stacjach. Koszty po stronie budżetu byłyby matematycznie nie do utrzymania. Ropa po 200 dol. oznaczałaby diesel po ponad 10 zł za litr nawet z obniżonym VAT – scenariusz, który ostatni raz był omawiany jako czysto teoretyczny.
Skutki dla polskiej gospodarki byłyby wielowymiarowe: wzrost kosztów transportu przekłada się bezpośrednio na ceny w sklepach, koszty ogrzewania olejem opałowym, bilety lotnicze, ceny usług kurierskich. Producenci rolni, którzy zimą już płacili rekordowe ceny za nawozy i usługi mechanizacji, stanęliby przed kolejną rundą podwyżek w sezonie. Firmy budowlane i transportowe, gdzie paliwo to 20-30 proc. kosztów operacyjnych, musiałyby podnieść ceny usług lub zejść z rentowności.
JP Morgan opisuje, co rządy prawdopodobnie zrobią: po pierwsze, racjonowanie popytu – limity tankowania, ograniczenia dla turystyki paliwowej, priorytet dla służb i transportu towarowego. Po drugie, popyt zacznie regulować się sam, bo nie każdego będzie stać na droższe paliwo. To oznacza zwolnienie wzrostu gospodarczego i ryzyko stagflacji – scenariusz, w którym gospodarka spowalnia, a inflacja pozostaje wysoka.
Co to oznacza dla Ciebie? Tanki i plany przed połową maja
Dziś masz ustawowo zagwarantowane maksymalne ceny paliw. To nie potrwa wiecznie – i nie dlatego, że rząd zmieni zdanie, ale dlatego, że formuła jest powiązana z cenami hurtowymi, a te mogą wzrosnąć dramatycznie, jeśli JP Morgan ma rację co do kalendarza wyczerpania zapasów.
Jeśli planujesz dłuższe trasy w najbliższych tygodniach, warto zaplanować je raczej teraz niż w drugiej połowie maja lub w czerwcu – szczególnie jeśli kryzys bliskowschodni nie pokaże sygnałów deeskalacji. Jeśli ogrzewasz dom olejem opałowym i masz przestrzeń w zbiorniku, uzupełnienie zapasów przy obecnych cenach regulowanych może być rozsądne – olej opałowy nie jest objęty pakietem CPN, ale śledzący ceny diesla zwykle porusza się w tym samym kierunku. Jeśli prowadzisz firmę uzależnioną od transportu, sprawdź, czy umowy z podwykonawcami lub klientami mają klauzule paliwowe – w razie gwałtownego wzrostu cen brak takich zapisów może oznaczać, że wchłoniesz całkowity szok cenowy.
Scenariusz realnego deficytu ropy to wciąż hipoteza, nie pewność. Wiele zależy od tego, czy dyplomacja (Oman, Wielka Brytania, rozmowy z kilkudziesięcioma krajami) zdoła znaleźć sposób na choćby częściowe odblokowanie transportu przez Ormuz. Ale JP Morgan wyznaczył konkretny termin i konkretny próg. Mamy mniej więcej 6 tygodni, żeby się dowiedzieć, czy ma rację.
Artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady inwestycyjnej ani finansowej. Dane dotyczące cen ropy, zapasów i prognoz są aktualne na 5 kwietnia 2026 r.
Redaktor naczelny serwisu. Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Warszawskim z ponad 15-letnim doświadczeniem w mediach. Specjalista ds. strategii informacyjnych i komunikacji kryzysowej. Wieloletni inwestor giełdowy i praktyk rynków finansowych. W swoich tekstach łączy warsztat dziennikarski z praktyczną wiedzą o podatkach, inwestowaniu i mechanizmach rynkowych, tłumacząc zawiłości ekonomii na język codzienny.