Majówkowy armagedon 2025, o którym chcielibyśmy zapomnieć. Dlaczego naprawdę zabrakło towaru i czy scenariusz powtórzy się w tym roku?
Choć za oknem mamy styczeń 2026 roku i sklepowe półki uginają się pod ciężarem towaru, wielu Polaków wciąż z niepokojem patrzy na działy z olejem, cukrem czy podstawową chemią. Trudno się dziwić – trauma „Wielkiej Majówkowej Luki” z ubiegłego roku wciąż jest żywa w naszej pamięci zbiorowej. To, co wydarzyło się pod koniec kwietnia 2025 roku, miało być niemożliwe w nowoczesnej gospodarce sterowanej algorytmami. A jednak system zawiódł, a miliony klientów zostały z pustymi koszykami tuż przed długim weekendem. Dziś, z perspektywy kilku miesięcy, ujawniamy kulisy tamtych wydarzeń. Co tak naprawdę zawiodło: logistyka, technologia, czy może… ludzka psychika?

Fot. Warszawa w Pigułce
Przypomnijmy sobie ten obrazek: jest 29 kwietnia 2025 roku. Polska szykuje się do rekordowo długiej majówki. Pogoda zapowiada się idealnie, a w planach mamy grillowanie i odpoczynek. Tymczasem w mediach społecznościowych zaczynają krążyć pierwsze zdjęcia pustych palet w popularnych dyskontach. Początkowo traktowane jako lokalne anomalie lub żarty, w ciągu kilkunastu godzin zamieniły się w ogólnopolską histerię. Klienci ruszyli do sklepów nie po to, by kupić to, czego potrzebują, ale by kupić cokolwiek, co jeszcze zostało. Skutek? Paraliż handlowy, jakiego nie widzieliśmy od czasów pandemii.
Dzisiaj eksperci rynku retail, analizując tamte wydarzenia na chłodno, wskazują na splot niefortunnych zdarzeń, który doprowadził do idealnej burzy. Warto wrócić do tamtych dni nie tylko po to, by powspominać nerwowe stanie w kolejkach, ale przede wszystkim po to, by zrozumieć mechanizmy, które rządzą naszymi portfelami i bezpieczeństwem żywnościowym. Czy wyciągnęliśmy wnioski z lekcji 2025 roku?
Iskra, która podpaliła Internet i magazyny
Wszystko zaczęło się od niewinnej plotki. W połowie kwietnia 2025 roku na jednym z popularnych forów internetowych pojawiła się (jak się później okazało – fałszywa) informacja o awarii w głównym centrum logistycznym jednego z gigantów handlowych. Wiadomość, sugerująca, że „dostaw nie będzie przez tydzień”, rozeszła się wiralowo na TikToku i grupach sąsiedzkich. Algorytmy mediów społecznościowych, nastawione na sensację, podbiły zasięgi tych treści, trafiając na podatny grunt – społeczeństwo zmęczone inflacją i niepewnością gospodarczą.
Reakcja łańcuchowa była błyskawiczna. Ludzie, widząc w Internecie posty o rzekomych brakach, ruszyli do sklepów, by „zrobić zapas”. Tym samym, poprzez gwałtowny wzrost popytu (tzw. panic buying), sami doprowadzili do sytuacji, której się obawiali. Systemy logistyczne sieci handlowych, które w 2025 roku były już w dużej mierze zautomatyzowane i oparte na sztucznej inteligencji przewidującej popyt, zwariowały. AI nie była przygotowana na tak irracjonalny skok zamówień w środku tygodnia, niezwiązany z żadnym świętem czy realnym zagrożeniem.
– Systemy zamawiania towaru działają w oparciu o dane historyczne. Jeśli w poprzednich latach w czwartek przed majówką sprzedawało się 1000 butelek oleju, system zamawia 1100. Gdy nagle klienci chcą kupić 5000 butelek w dwie godziny, łańcuch dostaw pęka. Fizycznie nie da się dowieźć towaru tak szybko – tłumaczy analityk rynku FMCG, z którym rozmawialiśmy przy okazji podsumowania roku.
Limitowanie sprzedaży – ratunek czy dolanie oliwy do ognia?
Reakcja sieci handlowych była nerwowa i, jak oceniamy to z perspektywy czasu, spóźniona. Wprowadzenie limitów na zakup cukru, mąki, oleju i karkówki (tak, mięso na grilla stało się towarem deficytowym!) nastąpiło dopiero wtedy, gdy półki były już puste. Komunikaty „Maksymalnie 3 sztuki na paragon” zadziałały na klientów jak płachta na byka. Zamiast uspokoić sytuację, utwierdziły konsumentów w przekonaniu, że „coś jest na rzeczy” i towaru naprawdę brakuje.
Zjawisko to w psychologii ekonomii nazywane jest „efektem niedoboru”. Im trudniej coś zdobyć, tym bardziej tego pożądamy. W efekcie, zamiast kupić jedną butelkę oleju, klienci przychodzili do sklepu całymi rodzinami, by każdy mógł „wykorzystać swój limit”. Widać było sceny dantejskie: seniorzy dzwoniący po wnuków, by stanęli w osobnej kolejce, kłótnie przy kasach samoobsługowych, które blokowały się przy próbie zeskanowania czwartej paczki cukru.
Największe kontrowersje wzbudziły jednak ceny. W szczytowym momencie paniki, tuż przed majówką, dynamiczne systemy cenowe w niektórych sieciach zareagowały na popyt podwyżkami. Klienci czuli się wykorzystani, płacąc za podstawowe produkty o 20-30% więcej niż tydzień wcześniej. Sieci tłumaczyły to końcem promocji, ale niesmak pozostał do dziś.
Czy to była tylko panika, czy realny problem?
Dopiero po opadnięciu kurzu, w raportach kwartalnych publikowanych jesienią 2025 roku, wyszło na jaw, że majówkowa afera miała też drugie dno. Okazało się, że plotka o problemach logistycznych nie była całkowicie wyssana z palca. Branża transportowa w Polsce zmagała się w tamtym okresie z potężnym brakiem kierowców, spotęgowanym nowymi regulacjami unijnymi dotyczącymi czasu pracy, które weszły w życie wiosną 2025.
Wielkie centra dystrybucyjne były pełne towaru, ale brakowało rąk do pracy i ciężarówek, które mogłyby go rozwieźć do tysięcy dyskontów w całym kraju w tak krótkim czasie. To była klasyczna „wąska gardła” (bottleneck), którą panika konsumencka jedynie brutalnie obnażyła. Sklepy nie były puste dlatego, że w Polsce brakowało jedzenia. Były puste, bo nie byliśmy w stanie go wystarczająco szybko przewieźć z punktu A do punktu B.
Krajobraz po bitwie – styczeń 2026
Jak sytuacja wygląda dzisiaj, na początku 2026 roku? Sklepy wyciągnęły wnioski. Wiele sieci zainwestowało w ostatnich miesiącach w lokalne mikro-magazyny (dark stores), które mają służyć jako bufory bezpieczeństwa przy sklepach stacjonarnych. Zmieniły się też algorytmy zarządzania zapasami – są teraz „czulsze” na nagłe piki sprzedażowe i mają wbudowane bezpieczniki, które alarmują centralę znacznie wcześniej.
Jednak zaufanie konsumentów zostało nadszarpnięte. Badania rynkowe pokazują, że Polacy weszli w 2026 rok z większymi zapasami domowymi niż kiedykolwiek wcześniej. Spiżarnie są pełne, a hasło „prepping” (przygotowywanie się na trudne czasy) przestało być domeną surwiwalowców, a stało się elementem strategii gospodarczej przeciętnej polskiej rodziny. Czy to źle? Z punktu widzenia bezpieczeństwa rodziny – pewnie nie. Z punktu widzenia gospodarki – zamrożenie kapitału w makaronie i konserwach hamuje bieżącą konsumpcję innych dóbr.
Co to oznacza dla Ciebie?
Choć widmo pustych półek wydaje się na ten moment odległe, historia lubi się powtarzać, zwłaszcza w niestabilnych czasach. Oto, jak możesz zabezpieczyć swój domowy budżet i nerwy w 2026 roku, bazując na doświadczeniach z ubiegłorocznej majówki:
- Nie ulegaj owczemu pędowi: Jeśli widzisz w mediach społecznościowych nagłówki o tym, że „zaraz zabraknie cukru/paliwa/kawy”, weź głęboki oddech. W 99% przypadków jest to samospełniająca się przepowiednia nakręcana przez klikalność. Zanim pobiegniesz do sklepu, sprawdź wiarygodne źródła gospodarcze, a nie tylko viralowe tiktoki.
- Zbuduj „żelazny zapas”, ale z głową: Zamiast kupować 10 kg cukru w momencie paniki (gdy jest najdroższy), kupuj jedną dodatkową paczkę przy okazji cotygodniowych zakupów, gdy jest w promocji. Buduj zapas rotacyjny – zużywaj najstarsze produkty, dokupuj nowe. Dzięki temu, gdy nadejdzie kolejna fala paniki, Ty będziesz mógł spokojnie zostać w domu.
- Dywersyfikuj miejsca zakupów: Majówka 2025 pokazała, że problemy dotyczyły głównie największych sieci dyskontowych. Lokalne sklepiki, bazujące na innych dostawcach i hurtowniach, często miały towar, gdy w wielkich marketach hulał wiatr. Warto mieć zaprzyjaźniony osiedlowy warzywniak lub sklep spożywczy jako alternatywę.
- Korzystaj z aplikacji monitorujących ceny: Wiele nowoczesnych aplikacji zakupowych pozwala śledzić historię ceny produktu. Dzięki temu zobaczysz, czy nagła podwyżka to wynik inflacji, czy chwilowej spekulacji sklepu żerującego na strachu. Nie daj się naciągnąć na „okazję”, która tydzień temu kosztowała 30% mniej.
Rok 2025 nauczył nas pokory wobec skomplikowanego systemu naczyń połączonych, jakim jest globalny handel. W 2026 roku wchodzimy mądrzejsi o tę wiedzę. Pamiętajmy: pełna spiżarnia to komfort, ale najważniejszy jest spokój i chłodna kalkulacja, której algorytmy (jeszcze) nie potrafią nam zastąpić.
Redaktor naczelny portalu. Absolwent Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Zawodowo interesuje się prawem i ekonomią.