Nadchodzi obowiązek milionów Polaków. Zostało 10 miesięcy, by uniknąć finansowej katastrofy
Większość z nas nie zastanawia się na co dzień nad tym, co kryje się w szachtach instalacyjnych w łazience czy kuchni. Tymczasem właśnie tam rozgrywa się cicha rewolucja, która dla milionów gospodarstw domowych w Polsce może zakończyć się głośnym trzaśnięciem portfela. Rok 2026 to ostatni dzwonek na dostosowanie budynków wielorodzinnych do nowych przepisów energetycznych. Spółdzielnie i wspólnoty mają czas tylko do Sylwestra, by wyrzucić stare liczniki na śmietnik historii. Jeśli tego nie zrobią, posypią się gigantyczne kary, a koszty i tak poniosą mieszkańcy.

Fot. Warszawa w Pigułce
Wielki Brat wchodzi do pionów. Koniec ery „karteczek na drzwiach”
Pamiętasz jeszcze czasy, gdy co miesiąc spisywałeś stan wodomierza na kartce i wrzucałeś ją do skrzynki na klatce schodowej? Albo wizyty inkasenta, który wchodził do mieszkania w butach, by sprawdzić podzielniki ciepła? Zgodnie z wolą ustawodawcy, te obrazki mają definitywnie zniknąć z polskiej rzeczywistości do 31 grudnia 2026 roku.
Znowelizowana ustawa o efektywności energetycznej, będąca implementacją dyrektyw unijnych, nie pozostawia złudzeń. Każdy budynek wielolokalowy w Polsce musi zostać wyposażony w systemy pomiarowe umożliwiające zdalny odczyt. Chodzi o wodomierze, ciepłomierze oraz podzielniki kosztów ogrzewania. Od 1 stycznia 2027 roku żaden zarządca nieruchomości nie będzie miał prawa rozliczać mediów na podstawie urządzeń, które nie komunikują się drogą radiową.
Cel jest szczytny: oszczędność energii, precyzja rozliczeń i ekologia. Jednak droga do tego celu usłana jest kosztami, które w dobie inflacji i rosnących czynszów budzą uzasadniony niepokój lokatorów.
300 złotych za sztukę. Kto za to zapłaci?
Wymiana infrastruktury pomiarowej to operacja na ogromną skalę. W nowych blokach deweloperskich systemy zdalne są standardem od lat, więc ich mieszkańcy mogą spać spokojnie. Problemem jest jednak starsza tkanka miejska – wielka płyta, kamienice i bloki z lat 90. Tam wciąż królują urządzenia analogowe, które trzeba fizycznie zdemontować i zastąpić nowoczesną elektroniką.
Koszty tej operacji są niebagatelne. Szacuje się, że zakup i montaż jednego licznika z modułem radiowym to wydatek rzędu 300 złotych. W przeciętnym mieszkaniu, gdzie mamy dwa piony wodne (kuchnia i łazienka) oraz kilka grzejników, rachunek za jeden lokal może wynieść od kilkuset do nawet 1500 złotych. W skali dużej spółdzielni mówimy o inwestycjach liczonych w milionach.
Skąd wziąć na to pieniądze? Najczęściej sięga się do kieszeni mieszkańców poprzez fundusz remontowy. Oznacza to, że środki, które miały posłużyć na malowanie klatek czy remont dachu, zostaną „zjedzone” przez liczniki. W innych przypadkach zarządcy mogą zdecydować o jednorazowej dopłacie lub podniesieniu stawki eksploatacyjnej.
10 tysięcy kary i furtka dla sprytnych
Ustawodawca przewidział bat na opieszałych zarządców. Jeśli do końca 2026 roku budynek nie zostanie zmodernizowany, na osobę odpowiedzialną (zarząd spółdzielni lub wspólnoty) może zostać nałożona grzywna w wysokości do 10 000 złotych. Choć kara formalnie dotyczy zarządcy, w praktyce spółdzielnia nie ma własnych pieniędzy – każda grzywna finalnie zostanie pokryta z czynszów płaconych przez lokatorów.
Istnieje jednak pewien wyjątek. Przepisy dopuszczają rezygnację z wymiany, jeśli jest ona technicznie niewykonalna lub nieopłacalna ekonomicznie (gdy koszt wymiany przewyższa potencjalne oszczędności energii). Jest to jednak furtka bardzo wąska i wymagająca sporządzenia szczegółowego audytu, który udowodni przed urzędem brak zasadności modernizacji.
Efekt uboczny: Wyższe rachunki zamiast oszczędności?
Teoretycznie zdalny odczyt ma same zalety: brak wizyt inkasentów, brak pomyłek przy przepisywaniu cyferek, możliwość monitorowania zużycia na bieżąco. Praktyka pokazuje jednak, że technologia bywa zawodna. Mieszkańcy bloków, gdzie system już wdrożono, skarżą się czasem na „wariujące” rachunki.
Zdarza się, że moduł radiowy ulega awarii i przestaje przesyłać dane. Wówczas system rozliczeniowy, nie widząc bieżącego zużycia, automatycznie szacuje je na podstawie średniej z poprzednich okresów lub ryczałtu, co zazwyczaj jest bardzo niekorzystne dla portfela. Co więcej, precyzyjne liczniki cyfrowe wyłapują każdy, nawet najmniejszy przeciek (np. cieknącą spłuczkę), co dla osób przyzwyczajonych do mniej dokładnych liczników analogowych może być bolesnym zderzeniem z rzeczywistością przy pierwszym rozliczeniu.

Z zawodu językoznawca i tłumacz języka angielskiego. W redakcji od samego początku.