Rak jest już wszędzie… 4-letni Aruś walczy o życie, pomocy!

Patrzę na łzy mojego dziecka i z trudem przełykam własne. Nie może ich zobaczyć, nie, gdy mówię, że wyzdrowieje, że wkrótce wyjdziemy już do domu! Ale od pół roku nie wychodzimy… Mój maleńki synek ma raka. Ten potwór zaatakował znienacka, dał już przerzuty. Chce zabrać ze świata mojego Arka, moje małe dziecko… Leczenie jest wyniszczające i ciężkie, ale przeraża mnie co innego. Jego ogromne koszty… LINK do zbiórki: https://www.siepomaga.pl/arek

Fot. siepomaga.pl

Jesteśmy już po 5 blokach chemii. Z małej główki zniknęły już wszystkie włoski, a uśmiech pojawia się coraz rzadziej. Coraz częściej za to są pytania: “Mamusiu, kiedy wrócimy do domu?”, “Mamusiu, gdzie jest ten chłopczyk, co jeszcze niedawno się z nim bawiłem, ten z sali obok?”. Na pierwsze pytanie nie znam odpowiedzi. Na drugie nie jestem w stanie odpowiedzieć… Tamtego chłopca już nie ma, a ja nawet nie umiem sobie wyobrazić, co czują teraz jego rodzice. Czy ja też to wkrótce będę czuła? Czy i mojego synka zabraknie? Czy jego łóżeczko na oddziale onkologii zajmie inne dziecko walczące o życie, bo my już nie będziemy mieli o co walczyć…?

Strach – taki do szpiku kości, przenikający każdą komórkę, to dzisiaj codzienność. Już prawie pół roku jesteśmy z Arkadym w szpitalu, daleko od domu. Już tak długo nie widziałam mojej starszej córki, która również bardzo cierpi… Tęsknota, smutek, ból. To przyniósł rak. Tamtego czerwcowego dnia…

Zaczynało się lato tego roku, gdy synek z dnia na dzień osłabł. Pojechaliśmy do szpitala pełni obaw. I tam już zostaliśmy… W nadnerczu lekarze wykryli nerwiaka – złośliwego raka z przerzutami do węzłów chłonnych, kości i szpiku. To był szok, cios, którego nikt się nie spodziewał. To zmieniło wszystko, cały nasz świat legł w gruzach…

Nie było czasu do stracenia, bo okazało się, że rak dał przerzuty. Był właściwie wszędzie… Od razu podali synkowi chemioterapię, która trwa do dzisiaj. Ale to nie koniec…

Po zakończeniu całego cyklu chemii jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, lekarze podejmą się wycięcia guza. Następnie Arusia czeka kolejna chemioterapia na przerzuty i autotransplantacja szpiku kostnego. Koszmar, który i tak nie daje gwarancji, że uda się pokonać raka…

Lekarze wprost powiedzieli, że aby zwiększyć szanse synka na przeżycie, powinniśmy go poddać immunoterapii. Od razu rozpoczęliśmy poszukiwania ośrodka, gdzie można będzie rozpocząć takie leczenie. Nadzieja przyszła z Niemiec, ale jak zobaczyliśmy kosztorys, ledwo utrzymaliśmy się na nogach. Aby Arek mógł przejść immunoterapię, potrzebujemy ponad 350 tysięcy euro! Dla nas, przeciętnej rodziny czteroosobowej rodziny, to suma nie do wyobrażenia, a co dopiero do zdobycia… Ja pół roku temu musiałam zostawić pracę, by być z synkiem w szpitalu. Pracuje tylko mąż, a i to ledwo starcza na utrzymanie, a co dopiero na tak kosztowne leczenie…

Szukamy pomocy wszędzie, gdzie się da. Pukamy do każdych drzwi, błagamy… Każdy rodzic umierającego dziecka zrobiłby to samo… Póki synek nie zachorował, nigdy nie podejrzewaliśmy, że będziemy w stanie tyle wytrzymać, prosić kogoś o wsparcie. Przecież każdy ma swoje wydatki i problemy… Dziś jednak nie ma już oporów czy wstydu. Dziś jest tylko nasze dziecko, które walczy ze śmiercią, a my musimy zrobić wszystko, by wygrał.

Błagamy Cię z całego serca, pomóż nam ratować Arka. Nasz mały chłopczyk ma dopiero 4-latka, a przeżył już piekło bólu i cierpienia. Nie widzimy innej możliwości oprócz szczęśliwego zakończenia jego leczenia.


Uwaga! Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiując treści i grafikę z naszej strony akceptujesz warunki umowy licencyjnej.

Copyright © 2016-2019 warszawawpigulce.pl  ∗  Polityka prywatności  ∗  Powered by BLUEICE Warszawę w Pigułce obsługuje Biuro Rachunkowe MP-Consulting i Partnerzy s.c.