Spółdzielnie rozsyłają pisma do lokatorów. Surowy zakaz w blokach. Grozi nawet więzienie
Tysiące rodzin w całej Polsce dostaje w ostatnich tygodniach pisma od zarządców i spółdzielni mieszkaniowych. Treść jest jednoznaczna: to, co od lat stoi w kuchni i służy do gotowania, w wielu blokach jest nielegalne. I nie chodzi o nowy zakaz. Przepisy obowiązują od ponad 20 lat – tyle że dopiero teraz zaczyna się ich egzekwowanie. Konsekwencje bywają katastrofalne, a ubezpieczenie w razie wypadku nie zadziała.

Fot. Warszawa w Pigułce
Prawo z 2002 roku, o którym mało kto słyszał
Podstawą prawną jest rozporządzenie Ministra Infrastruktury z 12 kwietnia 2002 r. w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie. Paragraf 157 tego rozporządzenia wprowadza dwa twarde zakazy, które w praktyce eliminują butle z gazu płynnego (propan-butan) z ogromnej części polskiego budownictwa wielorodzinnego. Zakaz pierwszy dotyczy budynków, które mają więcej niż 4 kondygnacje naziemne – w takich obiektach butli nie wolno ani przechowywać, ani używać, bez żadnych wyjątków. Nawet jeśli budynek nie ma dostępu do sieci gazowej i mieszkańcy nie mają innego wyjścia, prawo jest w tej kwestii jednoznaczne: przechodzi się na urządzenia elektryczne albo szuka innego lokalu.
Zakaz drugi bywa jeszcze bardziej zaskakujący dla lokatorów. Przepis zabrania stosowania w jednym budynku jednocześnie gazu z sieci i gazu płynnego z butli. Oznacza to, że jeśli w bloku działa instalacja gazowa – choćby tylko w części mieszkań – żaden z lokatorów nie może legalnie używać butli, niezależnie od tego, czy jego własne mieszkanie jest do tej sieci podłączone. Dotyczy to każdego lokalu w budynku.
Pionierem w nagłaśnianiu sprawy była Zakopiańska Spółdzielnia Mieszkaniowa, której prezes Ronald Szczygieł rozesłał do mieszkańców pismo cytowane przez Tygodnik Podhalański. Treść nie pozostawia pola do interpretacji: „bezpieczeństwo mieszkańców i całego budynku jest sprawą nadrzędną, dlatego nieprzestrzeganie zakazu używania butli gazowych będzie traktowane jako naruszenie obowiązujących przepisów i zasad współżycia”. Za przykładem Zakopanego poszły kolejne spółdzielnie – m.in. na Śląsku – a Komenda Wojewódzka Państwowej Straży Pożarnej w Opolu otwarcie ostrzega, że wybuchy w blokach wielokondygnacyjnych mogą mieć katastrofalne skutki dla całego budynku.
Pięć kondygnacji tam, gdzie wydaje się, że są cztery
Mieszkańcy często zakładają, że ich budynek jest niski – i tu pojawia się pierwsza pułapka. Kondygnacje liczy się inaczej, niż wskazuje intuicja. Poddasze użytkowe z mieszkaniami to pełnoprawna kondygnacja nadziemna. Tak samo przyziemie – półpięterko powyżej terenu, w którym mogą być np. lokale użytkowe czy pomieszczenia techniczne. W efekcie blok, który na pierwszy rzut oka wygląda na czteropiętrowy, po prawidłowym policzeniu może mieć 5 kondygnacji nadziemnych. I wtedy zakaz obowiązuje w całej rozciągłości, bez żadnych wyjątków.
To nieoczywiste, ale realne. Wiele osób przez lata używało butli w przekonaniu, że ich budynek „nie przekroczył progu” – dopóki inspektor nadzoru budowlanego lub straż pożarna nie zliczyły kondygnacji dokładnie. Komenda Wojewódzka PSP w Opolu przypomina, że w lokalach, w których butle są jeszcze dopuszczalne, obowiązuje szereg surowych wymogów: maksymalnie 2 butle o pojemności do 11 kg każda, ustawione pionowo, w odległości co najmniej 1,5 m od źródeł ciepła i 1 m od potencjalnych źródeł iskrzenia. Butle zapasowe – nawet puste – nie mogą być przechowywane w mieszkaniu. Piwnica, klatka schodowa i garaż podziemny są bezwzględnie wykluczone.
Dlaczego propan-butan to nie jest zwykłe paliwo do gotowania
Za zakazem stoi fizyka, nie biurokracja. Gaz ziemny z sieci jest lżejszy od powietrza i w razie wycieku unosi się ku górze, skąd ucieka przez kratki wentylacyjne. Propan-butan z butli zachowuje się odwrotnie – jest cięższy od powietrza i spływa w dół, gromadząc się przy podłodze, w piwnicach, szachtach instalacyjnych i wszelkich zagłębieniach. Standardowa wentylacja w blokach nie jest w stanie obsłużyć tego zagrożenia – systemy były projektowane pod konkretny rodzaj gazu, nie pod oba jednocześnie. W zamkniętej przestrzeni wystarczy minimalna nieszczelność węża lub zaworu przez kilka godzin i stężenie gazu osiąga poziom wybuchowy. Iskra z włącznika światła, ładującego się telefonu albo zwykłego sprzętu AGD wystarczy do zainicjowania eksplozji.
Skutki bywają tragiczne. W 2019 r. w Poznaniu butla wybuchła w mieszkaniu na 5. piętrze – zginęły 2 osoby, kilkanaście trafiło do szpitala, a cały pion klatki schodowej wymagał remontu. Właściciel lokalu, który przeżył, usłyszał zarzut sprowadzenia katastrofy. Rok później w Szczecinie gaz z butli wyciekł do piwnicy – wybuch zniszczył połowę budynku, a cudem nikt nie zginął, bo do zdarzenia doszło w godzinach porannych, gdy mieszkańcy byli w pracy. Koszty naprawy wyniosły blisko 1 mln zł. W maju 2025 r. 11-kilogramowa butla wybuchła w mieszkaniu na pierwszym piętrze bloku w Piszczacu (powiat bialski) – 67-letni poszkodowany w stanie ciężkim został przetransportowany śmigłowcem LPR do szpitala, ewakuowano 10 osób.
Mandat to nie największy problem – ubezpieczenie też nie wypłaci
Straż pożarna może wystawić mandat do 500 zł lub skierować wniosek do sądu, który może zasądzić grzywnę do 5000 zł. To jednak najmniejszy problem osoby, u której dojdzie do wypadku. Odpowiedzialność za szkody wyrządzone sąsiadom, koszty remontu budynku i odszkodowania dla poszkodowanych lokatorów spada na sprawcę w całości. Sumy rzędu kilkuset tysięcy złotych są tu realne – i ubezpieczenie mieszkania nie pokryje ani złotówki, bo standardowe polisy wyłączają szkody powstałe w wyniku rażącego naruszenia przepisów prawa. Prokuratura może postawić zarzut z art. 163 Kodeksu karnego – sprowadzenie niebezpieczeństwa powszechnego. Kara za to przestępstwo wynosi do 8 lat pozbawienia wolności, a jeśli w wyniku wybuchu ktoś zginie – do 12 lat. W takim scenariuszu spółdzielnia wypowie umowę, a lokal spółdzielczy może zostać odebrany.
Straż pożarna ma prawo wejść do mieszkania bez zgody właściciela, jeśli istnieje uzasadnione podejrzenie zagrożenia życia lub zdrowia. Odmowa wpuszczenia strażaków skutkuje wezwaniem policji – komisja składająca się ze strażaków, policjanta i przedstawiciela zarządcy może otworzyć mieszkanie bez zgody lokatora. Znalezione butle zostają zabezpieczone, a nakaz ich usunięcia musi być wykonany bezzwłocznie. Brak reakcji na taki nakaz to już prosta droga do postępowania karnego.
Indukcja zamiast butli – ile to kosztuje i czy warto
Przejście na gotowanie elektryczne wiąże się z jednorazowym wydatkiem, ale miesięczne koszty eksploatacji są porównywalne z butlą, a czasem nawet niższe. Przyzwoita płyta indukcyjna to koszt od 1200 do 2500 zł, kuchenka ceramiczna zaczyna się od 700 zł. Jeśli istniejące gniazdko wymaga wymiany lub wzmocnienia instalacji, doliczyć trzeba 400-800 zł za usługę elektryka. Indukcja jest przy tym efektywniejsza niż ceramika i znacznie szybsza od gazu w nagrzewaniu. Jedynym warunkiem jest sprawdzenie, czy garnki mają odpowiednie dno – magnes musi się do nich przyklejać. Rodzina gotująca codziennie zużywa na ten cel ok. 60-90 kWh miesięcznie, co przy obecnych taryfach oznacza koszt 85-130 zł. Butla o wadze 11 kg za ok. 100 zł starcza na 2-3 miesiące – różnica w kosztach użytkowania jest więc minimalna, a niekiedy wypada na korzyść prądu.
Co sprawdzić, zanim spółdzielnia sprawdzi za ciebie
Pierwsza kwestia to liczba kondygnacji naziemnych w budynku. Należy liczyć od parteru w górę, wliczając poddasze użytkowe z mieszkaniami i przyziemie, jeśli zawiera pomieszczenia użytkowe. Piwnica nie wchodzi do rachunku. Jeśli łączna liczba kondygnacji wynosi 5 lub więcej, zakaz jest bezwzględny i nie ma od niego żadnych wyjątków. Druga kwestia to instalacja gazowa w budynku – nie w konkretnym mieszkaniu, ale w całym bloku. Informację tę można uzyskać u zarządcy lub w dokumentach budynku. Wystarczy, że gaz z sieci dociera do któregokolwiek lokalu, żeby butla była zakazana dla wszystkich. Jeśli obie odpowiedzi są niekorzystne, legalne wyjście jest tylko jedno: wymiana sprzętu na elektryczny. Warto zrobić to z własnej inicjatywy, bo kontrole spółdzielni i straży pożarnej trwają i – jak pokazują ostatnie tygodnie – nie są już tylko formalnością.
Redaktor naczelny serwisu. Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Warszawskim z ponad 15-letnim doświadczeniem w mediach. Specjalista ds. strategii informacyjnych i komunikacji kryzysowej. Wieloletni inwestor giełdowy i praktyk rynków finansowych. W swoich tekstach łączy warsztat dziennikarski z praktyczną wiedzą o podatkach, inwestowaniu i mechanizmach rynkowych, tłumacząc zawiłości ekonomii na język codzienny.