To nie zabawa, to przestępstwo. Kierowcy tracą prawo jazdy, a mandaty idą w tysiące. Policja nie ma litości

Zima w Polsce potrafi obudzić w nas dziecko. Gdy tylko spadnie pierwszy większy śnieg, w głowach wielu kierowców – często odpowiedzialnych na co dzień ojców i matek – rodzi się pomysł na „bezpieczną” zabawę. Wystarczy kawałek linki holowniczej, sanki i pusta, ośnieżona droga za miastem. Wydaje się, że powolna jazda samochodem z doczepionym sznurem sanek to niewinna frajda, którą wszyscy pamiętamy z dawnych lat. Nic bardziej mylnego. W świetle obecnych przepisów i policyjnych statystyk, organizacja takiego kuligu to skrajna nieodpowiedzialność, która może skończyć się nie tylko gigantyczną grzywną, ale także utratą uprawnień do kierowania, a w najgorszym scenariuszu – więzieniem. Dlaczego prawo traktuje tę zabawę tak surowo?

Fot. Warszawa w Pigułce

Jeden przepis, który zmienia zabawę w koszmar kierowcy

Wielu kierowców żyje w błędnym przekonaniu, że przepisy ruchu drogowego dotyczą tylko zachowania na asfalcie, a na ośnieżonej drodze gruntowej czy leśnej dukcie panuje wolna amerykanka. To pierwszy i podstawowy błąd. Kodeks drogowy jasno precyzuje, co wolno, a czego nie. Art. 60 ust. 2 pkt 4 ustawy Prawo o ruchu drogowym nie pozostawia żadnych wątpliwości: kierującemu zabrania się ciągnięcia za pojazdem osoby na nartach, sankach, wrotkach lub innym podobnym urządzeniu. Zakaz ten obowiązuje na wszystkich drogach publicznych, w strefach zamieszkania oraz w strefach ruchu.

Złamanie tego zakazu to dla policjanta sytuacja zero-jedynkowa. Nie ma tu miejsca na tłumaczenia o „wolnej jeździe” czy „zachowaniu ostrożności”. Sam fakt przywiązania sanek do haka holowniczego jest wykroczeniem. Podstawowy mandat za to przewinienie wynosi 500 złotych oraz 5 punktów karnych (według taryfikatora, choć punktacja może ulec zmianie w zależności od interpretacji zagrożenia). Jednak 500 złotych to wariant optymistyczny, wręcz luksusowy, na który mogą liczyć tylko nieliczni szczęściarze.

Sądowa batalia: Grzywna do 30 000 złotych

Funkcjonariusze coraz częściej nie ograniczają się do wystawienia prostego mandatu. Jeśli kulig odbywa się na drodze publicznej, w trudnych warunkach lub uczestniczy w nim większa liczba osób (zwłaszcza dzieci), policjant ma pełne prawo odstąpić od postępowania mandatowego i skierować sprawę do sądu. Dlaczego? Ponieważ kwalifikacja czynu zmienia się z „naruszenia zakazu ciągnięcia” na „spowodowanie zagrożenia bezpieczeństwa w ruchu drogowym”.

W sądzie widełki kar są znacznie szersze. Sędzia, analizując materiał dowodowy (często nagrania z wideorejestratorów lub kamer monitoringu), może nałożyć na nieodpowiedzialnego kierowcę grzywnę w wysokości nawet 30 000 złotych. To równowartość dobrej klasy samochodu używanego. Ale finanse to nie wszystko. Sąd może orzec również zakaz prowadzenia pojazdów. Wyobraź sobie, że tracisz prawo jazdy na pół roku lub rok tylko dlatego, że chciałeś przewieźć dzieci na sankach po osiedlowej uliczce. Konsekwencje zawodowe i życiowe takiej decyzji są nieproporcjonalnie wielkie w stosunku do chwilowej uciechy.

Fizyka zabija. Dlaczego samochód i sanki to śmiertelna para?

Surowość przepisów nie wynika ze złośliwości ustawodawcy, ale z praw fizyki, które są nieubłagane. Samochód, nawet jadący z prędkością 20-30 km/h, jest maszyną ważącą półtorej tony. Sanki to lekki kawałek drewna lub plastiku. W momencie gwałtownego hamowania samochodu (np. przed sarną, innym autem czy przeszkodą), auto zatrzymuje się niemal w miejscu dzięki systemom ABS i oponom zimowym. Sanki nie mają hamulców.

Co dzieje się dalej? Siła bezwładności pcha sanki prosto pod koła samochodu lub uderzają one z ogromną siłą w hak holowniczy czy zderzak. W przypadku uderzenia w tył auta, dziecko na sankach może doznać poważnych urazów głowy, kręgosłupa czy klatki piersiowej. Jeszcze groźniejszy scenariusz ma miejsce na zakrętach. Działa wtedy siła odśrodkowa, która wyrzuca lekkie sanki na pobocze.

Na drodze publicznej „pobocze” oznacza często krawężnik, drzewo, znak drogowy lub – co najgorsze – nadjeżdżający z naprzeciwka samochód. Przy prędkości 30 km/h uderzenie dziecka w drzewo jest porównywalne z upadkiem z pierwszego piętra na beton. W takiej sytuacji nie mówimy już o otarciach naskórka, ale o kalectwie lub śmierci.

Dramat w świetle kodeksu karnego. Więzienie za „dobrą zabawę”

Jeśli podczas nielegalnego kuligu dojdzie do wypadku, w którym ktoś ucierpi, kwalifikacja prawna czynu zmienia się diametralnie. Wkraczamy na grunt Kodeksu karnego. Kierowca odpowiada wtedy nie za wykroczenie, ale za przestępstwo.

W zależności od skutków zdarzenia, prokurator może postawić zarzuty z różnych artykułów:

  • Art. 160 Kodeksu karnego: Narażenie człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Grozi za to kara pozbawienia wolności do lat 3.
  • Art. 156 lub 157 Kodeksu karnego: Spowodowanie ciężkiego lub średniego uszczerbku na zdrowiu.
  • Art. 177 Kodeksu karnego: Spowodowanie wypadku komunikacyjnego. Jeśli następstwem jest śmierć lub ciężki uszczerbek na zdrowiu, kara więzienia może wynieść od 6 miesięcy do nawet 8 lat.

Warto zdać sobie sprawę z powagi sytuacji: organizując kulig dla dzieci sąsiadów, w przypadku tragedii stajesz się w świetle prawa przestępcą, który może trafić za kratki na długie lata. To brzmi jak scenariusz filmu katastroficznego, ale policyjne archiwa pełne są takich spraw. Często kończą się one rodzinnymi dramatami, gdzie ojciec staje przed sądem za nieumyślne spowodowanie śmierci własnego dziecka.

Pułapka ubezpieczeniowa. Polisa nie zadziała

Jest jeszcze jeden aspekt, o którym milczą entuzjaści kuligów za autem – pieniądze z ubezpieczenia. Każdy pojazd posiada obowiązkowe ubezpieczenie OC. Teoretycznie pokrywa ono szkody wyrządzone ruchem pojazdu. Jeśli jednak dojdzie do wypadku podczas nielegalnego kuligu, ubezpieczyciel zastosuje tak zwany regres ubezpieczeniowy.

Oznacza to, że firma ubezpieczeniowa wypłaci odszkodowanie poszkodowanym (np. na leczenie i rehabilitację dzieci), ale następnie zwróci się do kierowcy o zwrot każdej wydanej złotówki. Ubezpieczyciel uzna, że szkoda powstała w wyniku rażącego niedbalstwa i celowego łamania przepisów prawa. Jeśli koszty leczenia i rehabilitacji wyniosą 100, 200 czy 500 tysięcy złotych (co przy urazach neurologicznych nie jest rzadkością), kierowca będzie musiał pokryć je z własnej kieszeni, często zadłużając się do końca życia.

Czy kulig może być legalny? Gdzie szukać alternatywy?

Czy to oznacza, że kulig w Polsce jest całkowicie zakazany? Nie, ale musi odbywać się na ściśle określonych zasadach. Przepisy zabraniają ciągnięcia sanek za pojazdem mechanicznym na drogach publicznych. Jedyną legalną formą tradycyjnego kuligu na drodze jest kulig zaprzęgiem konnym. Taka forma rozrywki jest dozwolona pod warunkiem, że zaprzęg jest odpowiednio oznaczony, a kierujący nim zachowuje wszelkie środki ostrożności.

A co z samochodem lub traktorem? Taki kulig można zorganizować wyłącznie na terenie prywatnym, który nie jest strefą ruchu ani drogą publiczną. Musi to być teren ogrodzony, zamknięty, np. prywatne pole czy łąka, gdzie mamy pewność, że nie wjedzie żaden inny pojazd, a pod śniegiem nie kryją się niebezpieczne przeszkody (kamienie, pniaki). Jednak nawet tam, odpowiedzialność za bezpieczeństwo pasażerów spoczywa na kierowcy. Jeśli dojdzie do wypadku na polu, policja nie wystawi mandatu drogowego, ale prokurator nadal może postawić zarzuty o narażenie na utratę zdrowia.

Zagrożenie spalinami – cichy zabójca

Na koniec warto wspomnieć o zagrożeniu, które jest niewidoczne, ale bardzo realne. Dzieci siedzące na sankach bezpośrednio za samochodem znajdują się na wysokości rury wydechowej. Podczas wolnej jazdy, chmura spalin nie rozprasza się tak szybko, jak przy dużej prędkości. Uczestnicy kuligu wdychają więc skoncentrowaną dawkę tlenku węgla, tlenków azotu i węglowodorów.

Zamiast dotlenić się na świeżym powietrzu, fundujemy im inhalację toksycznymi substancjami. Objawy takie jak ból głowy, nudności czy senność po „udanej zabawie” często są mylnie przypisywane zmęczeniu i mrozowi, podczas gdy jest to lekkie podtrucie spalinami.

Co to oznacza dla Ciebie?

Zanim pod wpływem impulsu wyciągniesz z garażu linę holowniczą, zastanów się dwa razy. Ryzyko jest nieproporcjonalnie duże w stosunku do korzyści. Oto co powinieneś zrobić, by cieszyć się zimą bezpiecznie i bez prokuratora na karku:

  • Wybieraj bezpieczne miejsca: Korzystaj z górek w parkach, lasach (tam gdzie nie ma ruchu kołowego) i na specjalnie przygotowanych stokach saneczkowych. To tam dzieci są bezpieczne.
  • Szukaj ofert profesjonalnych: W wielu regionach Polski organizowane są legalne kuligi konne z ogniskiem. To bezpieczna i znacznie bardziej klimatyczna alternatywa, która wspiera lokalną turystykę i nie łamie prawa.
  • Edukuj rodzinę i znajomych: Jeśli widzisz, że ktoś ze znajomych planuje kulig za autem, nie bój się zareagować. Uświadom im konsekwencje prawne i finansowe. Często ludzie nie zdają sobie sprawy, że „zwykła zabawa” jest przestępstwem.
  • Zabezpiecz teren prywatny: Jeśli posiadasz duże pole i chcesz przewieźć dzieci traktorem czy autem terenowym, upewnij się, że teren jest równy, pozbawiony przeszkód, a sanki są solidnie zamocowane (najlepiej na sztywnym holu, który zapobiega wjechaniu pod koła przy hamowaniu). Pamiętaj jednak – robisz to na własną odpowiedzialność cywilną i karną.
  • Nie ryzykuj prawa jazdy: Pamiętaj, że utrata dokumentu to nie tylko brak możliwości jazdy autem. Dla wielu osób to utrata narzędzia pracy i źródła utrzymania rodziny. Czy warto ryzykować karierę dla 15 minut ślizgania się po drodze?

Zima jest piękna, ale wymaga wyobraźni. Przepisy zakazujące kuligów za autem nie powstały po to, by psuć nam humor, ale po to, by chronić życie najmłodszych. Niech ten sezon zimowy będzie czasem radości, a nie czasem wizyt na oddziałach ratunkowych i w salach sądowych.

Michał

Obserwuj nas w Google News
Obserwuj
Capital Media S.C. ul. Grzybowska 87, 00-844 Warszawa
Kontakt z redakcją: Kontakt@warszawawpigulce.pl

Copyright © 2023 Niezależny portal warszawawpigulce.pl  ∗  Wydawca i właściciel: Capital Media S.C. ul. Grzybowska 87, 00-844 Warszawa
Kontakt z redakcją: Kontakt@warszawawpigulce.pl