Tragiczne prognozy dla milionów Polaków. Nadchodzi prawdziwy dramat
Politycy w kampaniach wyborczych obiecują wiele, ale matematyka jest bezlitosna. Nad polskimi finansami publicznymi zbierają się czarne chmury, które mogą przynieść gospodarczą burzę stulecia. Renomowany Wiedeński Instytut Międzynarodowych Studiów Ekonomicznych (WIIW) opublikował raport, który powinien być lekturą obowiązkową dla każdego kandydata do Sejmu. Wnioski są przerażające: Polska pędzi w stronę ściany zadłużenia, a zderzenie z nią nastąpi tuż po wyborach w 2027 roku. Czy czeka nas likwidacja socjalnego eldorado?

Fot. Warszawa w Pigułce
Długi, które wymknęły się spod kontroli
W roku 2026 dyskusja o budżecie toczy się jeszcze w miarę spokojnie, ale analitycy widzą już to, co nadejdzie za horyzontem. Według najnowszych wyliczeń WIIW, polski dług publiczny (liczony metodą unijną, czyli uwzględniającą wszystkie fundusze pozabudżetowe) rośnie w tempie, które trudno będzie zatrzymać. Prognozy mówią wprost: w bieżącym roku zadłużenie sięgnie 65,5 proc. PKB, w przyszłym, wyborczym roku 2027, wzrośnie do 69 proc., by w krytycznym roku 2028 przebić barierę 72 proc. PKB.
Wszystko to dzieje się przy słabnącym wzroście gospodarczym. O ile w tym roku nasza gospodarka ma urosnąć o 3,7 proc., to w kolejnych latach dynamika ta będzie hamować – do 3,2 proc. w roku wyborczym i zaledwie 2,9 proc. rok później. Oznacza to, że nie uda nam się „wyrosnąć z długu”. Będziemy musieli go spłacić lub drastycznie ciąć wydatki.
Konstytucyjny bezpiecznik zadziała jak gilotyna
Kluczem do zrozumienia nadchodzącego dramatu jest polska Konstytucja. Zapisano w niej sztywny limit zadłużenia państwa na poziomie 60 proc. PKB. Przez lata rządy stosowały kreatywną księgowość, wypychając gigantyczne wydatki (np. na zbrojenia czy tarcze antykryzysowe) do funduszy pozabudżetowych, które nie wliczają się do krajowej definicji długu. Różnica między długiem rzeczywistym a tym „oficjalnym” wynosi obecnie ponad 10 proc. PKB.
Jednak nawet ta księgowa inżynieria ma swoje granice. Skoro dług całkowity ma sięgnąć 72 proc., to nawet po odjęciu „ukrytych” zobowiązań, ten oficjalny Państwowy Dług Publiczny (PDP) w 2028 roku przebije konstytucyjne 60 proc. Stanie się to rok wcześniej, niż dotychczas zakładano. Gdy ta granica pęknie, uruchomią się automatyczne procedury sanacyjne, które są zapisane w ustawie o finansach publicznych. Nie będzie tu miejsca na negocjacje czy polityczną wolę – cięcia staną się prawem.
Scenariusz grozy: Budżet bez deficytu i zamrożone pensje
Co konkretnie stanie się, gdy minister finansów ogłosi przekroczenie progu 60 proc.? Prawo wymusza na rządzących podjęcie natychmiastowych i drastycznych działań naprawczych. Przede wszystkim, rząd będzie miał prawny zakaz uchwalania budżetu z deficytem na kolejny rok. Oznacza to, że państwo będzie mogło wydać dokładnie tyle, ile zbierze z podatków – ani grosza więcej. Skończy się era pożyczania na bieżące wydatki.
Konsekwencje dla sfery budżetowej będą bolesne. Ustawa przewiduje zamrożenie wynagrodzeń w państwówce. Nauczyciele, urzędnicy, policjanci czy pracownicy służby zdrowia nie będą mogli liczyć na żadne podwyżki. Rygor obejmie także samorządy, które również stracą prawo do uchwalania deficytowych budżetów, co w praktyce zatrzyma większość lokalnych inwestycji.
Emeryci i rodziny na celowniku. Co z waloryzacją?
Największe emocje budzi jednak wpływ procedur ostrożnościowych na świadczenia społeczne. W scenariuszu przekroczenia progu konstytucyjnego, waloryzacja rent i emerytur zostaje ograniczona do absolutnego minimum. Seniorzy mogliby liczyć jedynie na wyrównanie inflacyjne, tracąc komponent związany z realnym wzrostem wynagrodzeń (tzw. waloryzację o wzrost płac). To oznacza realne ubożenie najstarszej części społeczeństwa.
Jeszcze gorzej wygląda sytuacja sztandarowych programów socjalnych. Aby zrównoważyć budżet bez zaciągania nowych długów, rząd musiałby znaleźć oszczędności rzędu 80–100 miliardów złotych rocznie. Matematyka jest nieubłagana – nie da się uzyskać takiej kwoty, tnąc wydatki na biurokrację czy służbowe limuzyny.
Pod nóż musiałyby pójść największe pozycje w budżecie:
- Program 800 plus (kosztujący podatników 62 mld zł rocznie),
- 13. i 14. emerytura (obciążenie rzędu 32 mld zł),
- Niedawno wprowadzone świadczenia, takie jak renta wdowia (7 mld zł) czy „babciowe” (6 mld zł).
Alternatywą dla likwidacji tych świadczeń byłoby drastyczne podniesienie podatków (np. VAT lub PIT), co uderzyłoby w portfele wszystkich pracujących Polaków.
Polityczna pułapka na zwycięzcę
Terminarz tych zdarzeń układa się w polityczny thriller. Wybory parlamentarne odbędą się w 2027 roku, gdy dług będzie jeszcze „pod kreską”. Obietnice wyborcze będą więc składane w oparciu o wirtualne pieniądze. Zwycięzca wyborów, obejmując władzę jesienią 2027 roku, niemal natychmiast zderzy się z rzeczywistością roku 2028 – roku przekroczenia progu.
Nowy rząd, niezależnie od barw politycznych, stanie przed misją niemożliwą: będzie musiał być grabarzem socjalnego dobrobytu, do którego Polacy przyzwyczaili się przez ostatnią dekadę. Opcje ratunkowe są ograniczone. Zmiana Konstytucji i podniesienie limitu długu (np. do 70 lub 100 proc.) wymagałaby zgody opozycji, co w warunkach polskiej wojny politycznej wydaje się nierealne. Inną drogą jest „dodruk pieniądza”, co jednak grozi powrotem dwucyfrowej inflacji i zniszczeniem oszczędności obywateli.
Prognozy z Wiednia są jasnym sygnałem: czas darmowych pieniędzy się kończy. Nadchodzi czas rachunków, a cena za lata życia na kredyt może okazać się wyższa, niż ktokolwiek przypuszczał.

Z zawodu językoznawca i tłumacz języka angielskiego. W redakcji od samego początku.