Jak przeżyć i nie zwariować bez Mostu Łazienkowskiego?

Fot. Studentnews.pl

Fot. Studentnews.pl

Pani Monika Wlaźniak, która codziennie dojeżdża z Bielan na Saską Kępę. To, jak przebiega jej dzień bez Mostu Łazienkowskiego opisała nam w formie wylewnego, pełnego emocji opowiadania 🙂 Zapraszamy do lektury!

Opowieść o tym, jak pożar Mostu Łazienkowskiego i delegacje męża zabijają macierzyństwo.

6.30 – budzik. Leżę. Udaję, że mnie nie ma
6.40 – przychodzi budzik w osobie blond potarganego 3,5 latka. Udaję, że nie żyję.
6.41 – 6.41,5 mamowstanjuzdzienzobaczjuzjestslonkoprzynioslemcistrazmalaistrazduzapobawiszsiezemnamamomamospisz??????????????????
7.00 – zęby umyte, nawet go tak szybko przebrałam, że się nie zorientował
W swych myślach płynę już na fali sukcesu, medal za organizację sobie projektuję. No to skoro mi tak bombowo idzie zrobię pyszne placki im na śniadanie. Plus 10 do za********ości.
7.15 – zaczynam smażyć. Kocham życie  Wchodzi obudzony Szym…….
7.15 – 7.30 – łzawy kałasznikow: „nie chce placków, nie chce owsianki, Leonek tu nie może być tylko ja i mama, nie chcę jechać do cioci, nie umyję zębów, nie lubię zębów, nie lubię mamy, nie chcę się ubierać, nie chcę tych spodni chcę je zdjąć, chcę piżamkę, chcę jechać w pizamceeeeeeeeee, skuteczny bywa w swych furiach – jakiś miesiąc temu pojechał do babci o g.13.00 w szlafroku i piżamie – skapitulowałam, choć nawet się uśmiałam z tego widoku w windzie.
7.30 – wjeżdżają placki. Sprytna jestem – cukier puder ucisza każdą histerię.
8.10 – wychodzimy. W windzie orientuję się, że mam bluzkę z krótkim rękawem… Dobra, przemęczę się. Wiosna juz przecie na świecie.
Jako doświadczona na rodzinnym survivalu wiem, że nie należy NIGDY odwozić ich w ubraniu, w którym planuję pokazać sie komuś innemu, poza dziećmi i przedszkolanką, która i tak na pewno uważa wszystkie za beznadziejne matki.
Dres, zawsze dres. Reszta na wieszaku. Buty też.
8.25 – Leo w przedszkolu na Bielanach, jedziemy dalej…no właśnie. Saska Kępa.
– most Śląsko – Dąbrowski czynny od 9.00
– szybki przejazd mostem Poniatowskiego to oksymoron
– Syreny – też masakren
– Siekierkowski – 3 dzielnice dalej…
– No to cofam się do granic Wawy do mostu Północnego i od nowa pokonuję w połowie te samą trasę, co zrobiłam już odwożąc Leona
9.10 – Wileńska
– mamo, brzuszek mnie boli
– aha
– mamo, brzuszek mnie boliiiiiiiiii
– zaraz Szymuniu będziemy u cioci, to napijesz sie herbatki
9.15 – wymiotuje. Ku**a. Godzina korków „stop&go”, w tej wersji na tylnej kanapie nawet święty by się porzygał

9.30 – Saska Kępa, owijam go ręcznikiem, wymontowuje fotelik, wnoszę wszystko na 4 piętro bez windy. Dobrze, ze ręcznik był w bagażniku, obok dwóch par sanek, okularów do pływania, tunelu do czołgania miedzy namiotami, parasola plażowego i na deszcz, kredy do rysowania od zeszłego lata naprawdę mam to wszystko w bagażniku. U siostry kąpiel dla niego, dla mnie, pranie fotelika. Czyste ubrania. Ha strategia!
10.00 – ni ch..a nie wyjadę z Saskiej Kępy. Ci. co stoją, pewnie są w tych korkach juz od 7 rano, bo nic nie idzie. Dekuję się w kawiarni. Laptop. Praca. Dzięki Ci Boże za ten relaks!
11.00 – o, jada więcej niż 30 km/h, wiec wracam do pracy w normalnych warunkach.
11 – 16.30 – spokój, praca, błogość
16.30 – dres powraca, bieg do auta, bieg po dziecko. Jak ONI to robią. Jestem tu o 16.45 i z dwóch połączonych grup, Leo jest 1 z 5 ostatnich dzieci. Ludzie, czy Wy wszyscy macie niepracujące babcie, tyle czasu, prace do 14? Gdzie robie błąd?
16.50 – taktyka wojenna. Trzeba sie przedostać na druga część Wisły i wrócić tu. Iphone pokazuje mi środkowy palec – zaj***ne na mapie na czerwono wszystkie mosty i dojazdy do nich. Nie pojadę z Leonem autem po Szymka, bo w ciągu godzinnego korka na bank mi uśnie, potem uśnie Szymek i dojadą tak wyspani do domu, że mam na głowie ich do 24.00.Dobra, znów będzie wycieczka.
17.05 parkuje pod metrem Wawrzyszew. Lecimy z Leo do metra. Jedziemy do metra Centrum, przesiadam sie w tramwaj na Saską Kępę. Na przystanku czeka najlepsza na świecie opiekunka Szymka – moja siostra. Wręcza mi go, zapieprzamy na druga stronę, bo jest tramwaj. Wsiadamy. Jedziemy do centrum. Tam wsiadamy w metro do stacji Wawrzyszew. Z metra do samochodu w asyście Szymkowego: ja nie chcę jechać do domu, nie chcę żeby była noc, chcę tu zostać, dlaczego te drzwi się nie zamykają, muszą sie zamykać, „chcę żeby mi coś kupić”, chcę pić, nie chcę soczku.
18.45 – wjeżdżam do garażu.
Widzę rowerki, a to oznacza automatyczne doładowanie energii….
– mamo, możemy sie jeszcze z Szymkiem pobawić w policjanta i złodziejaszka w garażu?
– w myślach: k***a, ja pi***e, k***a, k***a, k***a, k***a, k***a, k***a!!!!!
– oczywiście synku, to bardzo fajny pomysł. Macie 5 minutek.
19.00 – dom
19.30 – wraca senior
20.00 – śpią.
Jestem tak wyrąbana, że odzywam się dopiero o 20.45.

Za każdym razem, gdy jednego z nas nie ma w domu, tak wygląda dzień z Bielan na Saską Kępę: 3h w podróży. Dopóki nie spalił się Łazienkowski zajmowało to w najgorszych warunkach 45 min w 1 stronę. Ratunkuuuuuuuuuuuuuuuuu!

Monika Wlaźniak

Copyright © 2016-2019 warszawawpigulce.pl  ∗  Polityka prywatności  ∗  Powered by BLUEICE Warszawę w Pigułce obsługuje Biuro Rachunkowe MP-Consulting i Partnerzy s.c.