Karmili Polaków przez dziesięciolecia. Teraz zwiną interes przez konkurencje z Ukrainy

Już nie tylko branża drobiarska, ale też i pozostali przedsiębiorcy apelują do rządu, aby jak najszybciej wstrzymać import drobiu z Ukrainy. Rząd zapowiedział, że wprowadzi kontrole jakości, ale to nie rozwiąże problemu. Rynek jest zalewany przez tani drób ze wschodu i co gorsza nikt tak naprawdę nie wie, co w nim jest.

Fot. Warszawa w Pigułc

Jakiś czas temu Rzecznik rządu Piotr Müller przyznał, że pojawiają się głosy, że drób z Ukrainy nie spełnia norm unijnych. To jednak nie jest żadna tajemnica, dlatego jego produkcja czy też hodowla jest dużo tańsza.

Ciężko to nawet nazwać konkurencją – mówi nam Pan Wacław, która od lat jest hodowcą drobiu z Mazowsza – My musimy spełnić szereg norm, wypełnić tonę dokumentów i trzymać się rygorystycznych zasad, przechodzić kontrole weterynaryjne. Nie wiadomo, jakie normy spełnia drób ze wschodu – dodaje i tłumaczy, że jeżeli tak dalej pójdzie na półkach zostaną tylko produkty z Ukrainy.

Już teraz wielu hodowców po prostu pada. Najpierw był covid i odbiorcy nie kupowali żywca, potem pojawiła się ptasia grypa. Hodowcy są też nękani przez coraz częstsze kontrole weterynaryjne, papierologię z Unii Europejskiej dotyczącą ochrony środowiska, płacą zresztą za to, co jest dodatkowym kosztem, wypełniają dokumenty do ARiMR. Ktoś niedawno wymyślił, by co tydzień raportować liczbę sztuk drobiu, co jest uciążliwe i potrzebny jest do tego komputer. To już nie unijne prawo, a kolejny pomysł rządzących. Do tego ceny pasz robią się zawrotne, bo pasza też musi spełniać normy. Jeżeli drób zachoruje i poda mu sie antybiotyki też nie można go w Polsce sprzedać. Powiatowy lekarz weterynarii, który wypisuje recepty na leki zastosuje karencje i drób można sprzedać dopiero wtedy, gdy nie ma już w jego organizmie żadnych leków. Mało tego, gdy już odbiorca weźmie żywiec i przeznaczy go na ubój, jest on powtórnie badany.

Problemów tych nie ma jednak ukraiński hodowca. On po prostu hoduje i często również przeznacza na ubój kurczaki, a następnie wysyła je na zachód. Hodowcy zwracają uwagę, że nie wiadomo co tak naprawdę w sobie zawiera i czy w ogóle spełnia normy.

Jeszcze trochę i zamkniemy biznes. My już od jakiegoś czasu nie bierzemy nowych pisklaków, bo cena leci na łeb na szyję. Za chwilę produkcja przewyższy cenę, jaką otrzymamy. Już w tej chwili po podwyżkach cen prądu używanego m.in. do klimatyzacji hal oraz po podwyżkach gazu, którym się je ogrzewa i przez zawrotne ceny pasz na rynku ciężko wyjść nawet na zero. Otrzymujemy informacje od znajomych hodowców, że są stratni na ostatnim cyklu produkcyjnym nawet o 100 tys. czy 200 tys., a Ci więksi nawet o 500 tysięcy czy milion złotych. Jeśli teraz się nie „odkują” długi będą spłacać przez bardzo długi czas – mówi nam Pani Katarzyna z miejscowości niedaleko Radomia.

Rząd na razie milczy i obiecał tylko kontrole jakości. Niestety, to nie rozwiązuje problemów drobiarzy. Ceny spada, a hodowcy załamują ręce. Może dojść do kolejnych protestów. My jako klienci zostaniemy na lodzie, bez rodzimej produkcji, zalewani przez tani zamiennik z innych krajów.

Obserwuj nas w Google News
Obserwuj
Capital Media S.C. ul. Grzybowska 87, 00-844 Warszawa
Kontakt z redakcją: Kontakt@warszawawpigulce.pl

Copyright © 2023 Niezależny portal warszawawpigulce.pl  ∗  Wydawca i właściciel: Capital Media S.C. ul. Grzybowska 87, 00-844 Warszawa
Kontakt z redakcją: Kontakt@warszawawpigulce.pl