Dramatyczny wpis lekarki. Zaatakowana przez pacjentkę straciła ciąże!

Jadwiga Kłapa-Zarecka postanowiła podzielić się ze swoimi obserwatorami wpisem o skutkach hejtu. Kobieta zaatakowana przez jak sama pisze: „obcą osobą, fanatyczkę amantadyny, która dzień wcześniej obejrzała stronniczy program w telewizji i szukała ofiary” straciła synka i nie przyjmuje już pacjentów. To skutek hejtu, braku edukacji i szacunku do drugiego człowieka.



Za mną trudny rok. Dawałam z siebie wszystko jako lekarz. Jako człowiek przyjmowałam każde wiadro hejtowych pomyj i gróźb, które otrzymywałam tylko dlatego, że miałam mnóstwo pacjentów z COVID-19 i tym samym potwierdziłam jego istnienie oraz blokadę szpitali i przychodni będące wynikiem braku kontroli pandemii. I za to, że trzymałam się opracowanych przez grono ekspertów wytycznych, nie poddawałam się modom na stosowanie leków przeciwwskazanych lub o nieudowodnionej skuteczności, za to, ze zaszczepiłam setki pacjentów przeciw tej chorobie (wszystko odbyło się bez ciężkich powikłań). Czytanie dzień w dzień wiadomości od obcych ludzi, że jestem najgorszym lekarzem na świecie, że jestem jak Mengele, że morduje dzieci, że biorę udział w eksperymencie, że będę siedzieć, że jestem na usługach BigPharmy (a propos, nic takiego nie istnieje), że jestem opłacona, że będę smażyć się w piekle, o ile wcześniej mnie nie powieszą itd. Groźby, że mnie dopadną i zniszczą, ośmieszanie w grupach na fb. To wszystko było trudne, owszem, ale trudniejsze było odkrycie, że w tych grupach są moi znajomi, którzy doskonale wiedzieli jaka jest prawda i… nikt nie stanął w mojej obronie. Co miałam robić? Po prostu nie reagowałam. Nie odpisywałam. Blokowałam. Jednocześnie przyjmowałam, chodziłam stwierdzać zgony, pracowałam czasem jednocześnie na 3 gabinety z powodu całkowitej niewydolności systemu. Byłam coraz bardziej bardzo zmęczona. Z jedynych wakacji wróciliśmy po kilku dniach na kwarantannę, bo okazało się, że dzień przed wyjazdem mieliśmy kontakt z osoba covid+. Coraz bardziej opadałam z sił. Bezsilność w okresie, gdy nie było już miejsc w szpitalach (ludzie z ciężkim przebiegiem musieli dusić się i umierać w domu) a także obawa przed tym, że ktoś z moich bliskich może się zarazić i mieć ciężki przebieg, nie dawały spać. Zmęczenie. Hejt. Praca. Zmęczenie. Kawa. Hejt. I w końcu sama oberwałam. Od antymaseczkowca, który zgłaszając ból brzucha uznał, że zatajenie objawów infekcji sprawi, że go przyjmę. Oczywiście, że przyjmowałam każdy ból brzucha, ale gdybym wiedziała, że ma objawy mogące wskazywać na covid, przyjęłabym go w odpowiednio przystosowanym do tego gabinecie i sprzęcie, a nie w pomieszczeniu, w którym przebywałam większość dnia. Covid nie oszczędził ani mojej wątroby, ani mojego serca, ani kilku innych narządów. Straciłam sporo czasu na dojście do siebie. Pomiędzy własnymi hospitalizacjami usiłowałam powrócić do pracy. Wracałam tylko dlatego, że mam wielu wspaniałych Pacjentów. W momencie, gdy już wszystko wydawało się wracać do „normy” okazało się, że spodziewamy się dziecka. Mamy za sobą kilka strat, których doświadczyliśmy przed pandemią. Obawiałam się kolejnej. Wszystkie parametry wskazywały jednak na to, że będzie dobrze. Nie poszłam więc początkowo na zwolnienie, pracowałam dalej, aż do dnia ataku w przychodni. Obca osoba, fanatyczka amantadyny, która dzień wcześniej obejrzała stronniczy program w telewizji, szukała ofiary, na której wyładuje swoją nagromadzoną w pandemii nienawiść. Często przyjmowałam pacjentów osobiście, stałam się doskonałym celem. Nie wiedziała tylko, że ja przeżyję, ale dzidziuś już nie. Kiedy leżałam w szpitalu, po raz kolejny czekając na dziecko, którego nigdy nie nakarmię, nie dowiem się do kogo był podobny, ani jakie miał cechy charakteru, nie chwycę za rękę, nie pójdę z nim na spacer do parku, nie spojrzę w oczy i nie powiem: synku (straciliśmy chłopczyka), kocham Cię, poczułam, że… nie mam siły. Nie mam siły dłużej być lekarzem. Według moich pacjentów jestem lekarzem z powołania. Według zupełnie obcych ludzi i niektórych byłych znajomych, którzy nigdy nie byli moimi pacjentami, jestem mordercą, mengele, itp. Nienawiść środowisk antyszczepionkowych i osób wyśmiewających pandemię ma na swoim koncie coraz więcej ofiar.
***
Wiecie, jakie jest moje życzenie? Żeby ta nienawiść się skończyła. Żeby skończył się hejt na lekarzy i innych pracowników ochrony zdrowia. Żeby kolejne ataki w sieci i kłamstwa nie niszczyły ich życia zawodowego i rodzinnego. To wszystko jest niezwykle proste. Wystarczą te 2 słowa: stop hejtowi.
***
Tuż po powrocie ze szpitala, Paweł znalazł maleńkiego kotka. Był w strasznym stanie, wyglądało na to, że straci oczy. Nazwaliśmy go Bartymeusz. Z pomocą weterynarzy zawalczyłam o jego zdrowie. Ta mała, czarna kulka stała się siłą napędową dla mojego życia. Dzięki niemu przetrwałam najtrudniejszy okres. Mały kociak stał się cudem, pocieszeniem z samego Nieba. Żyje, ma się wspaniałe i widzi na oba oczy.
***
Zawsze marzyłam o tym, by przez jakiś czas skupić się tylko na muzyce. Nie miałam odwagi rzucać medycyny. Zdobyłam się na nią dopiero teraz, po tych wszystkich doświadczeniach. Czy wrócę do zawodu? Nie wiem. Na razie nie mam siły. Teraz postanowiłam skupić się na muzyce, robieniu maleńkich kroczków do przodu, dokończeniu płyty. A co dalej, czas pokaże.
#stophejtowi #happybirthday
” – czytamy we wpisie.


Uwaga! Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiując treści i grafikę z naszej strony akceptujesz warunki umowy licencyjnej.

Copyright © 2016-2019 warszawawpigulce.pl  ∗  Polityka prywatności  ∗  Powered by BLUEICE Warszawę w Pigułce obsługuje Biuro Rachunkowe MP-Consulting i Partnerzy s.c.
c