„Nikt z nas nie chce być ofiarą internetowego linczu”. Lekarze ze schroniska na Paluchu publikują oświadczenie!

Ostatnimi czasy wokół schroniska na paluchu urosły niemałe emocje. Wolontariusze publikując sieci wpisy, na które zareagowali weterynarze.

Fot. Warszawa w Pigułce

OŚWIADCZENIE LEKARZY WETERYNARII SCHRONISKA DLA BEZDOMNYCH ZWIERZĄT W WARSZAWIE

W ostatnim czasie w mediach społecznościowych pojawiły się wpisy niektórych wolontariuszy Schroniska lub osób związanych z nimi, w których w sposób fałszywy przedstawiana była historia leczenia schroniskowych zwierząt. Taki sam przekaz, a także treści poddające w wątpliwość stosowane w Schronisku podstawowe praktyki profilaktyki chorób zakaźnych zwierząt, trafiał do osób nadzorujących pracę Schroniska w Urzędzie m. st. Warszawy oraz m. in. do niektórych radnych m. st. Warszawy.

Działania takie, podważające nasze kompetencje, wiedzę, wieloletnie doświadczenie, a także zasady schroniskowej medycyny weterynaryjnej, w naszym odczuciu uderzają w imię Schroniska oraz miasta. Jednocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, że jest to kolejna forma rozszerzającego się, jak to określili sami protestujący wolontariusze, „ich sporu z dyrektorem Schroniska”. Konflikt ten ma genezę w próbie zmiany procedury adopcji zwierząt na taką, która umożliwiałaby formalną rejestrację procesu adopcyjnego od pierwszej wizyty w Schronisku osoby zainteresowanej adopcją (i jej pierwszego kontaktu ze zwierzęciem i jego wolontariuszem) i która pozwoliłaby potencjalnemu adoptującemu na odwołanie się od negatywnej opinii wolontariusza, co do tej pory zamykało proces adopcji zwierzęcia. Proponowana nowa procedura poruszała również kwestię ochrony danych osobowych i prywatności (np. zbyt dużego wglądu wolontariuszy w warunki bytowe i mieszkaniowe mieszkańców Warszawy). To podejście do zwiększenia standardów i transparentności Schroniska spotkało się z ostrym sprzeciwem części wolontariuszy. Protest i akcje medialne organizowane przez protestujących z czasem odeszły od źródła sporu i zaczęły poruszać tematy mające za zadanie wywołać wśród opinii publicznej wrażenie złego zarządzania Schroniska i braku kwalifikacji osób w nim pracujących (administracji, opiekunów zwierząt, lekarzy i techników weterynarii). Tymczasem z naszych doświadczeń korzystają inne schroniska w Polsce, które często to właśnie nas stawiają sobie za wzór.

Do Schroniska codziennie trafiają psy i koty wyrzucane z okien, będące ofiarami wypadków komunikacyjnych, czy wieloletnich zaniedbań ludzi. Niektóre z ich problemów są oczywiste, inne wymagają długotrwałego procesu diagnostycznego, którego nierzadko nie jesteśmy w stanie dokończyć z powodu ich śmierci lub wydania ze Schroniska. W naszej pracy niejednokrotnie (a w przypadku nowych zwierząt bardzo często) jesteśmy pozbawieni niezwykle ważniej części wizyty lekarskiej – bogatego wywiadu. Schroniskowy opiekun widzi swojego podopiecznego przez mniejszą ilość czasu niż typowy posiadacz domowego pupila i dodatkowo swoją uwagę musi podzielić na kilkadziesiąt osobników. Pies lub kot, w przeciwieństwie do człowieka, nie zgłosi lekarzowi tzw. głównej skargi, nie powie, co mu dolega, gdzie go boli. Sytuację pogarsza fakt, że zwierzęta często ukrywają swoją chorobę. W takich przypadkach albo musimy liczyć jedynie na swoją podejrzliwość, albo na łut szczęścia w zaobserwowaniu przez nas, opiekunów lub wolontariuszy jakiegoś typowego dla danej choroby objawu. To nie my wpędziliśmy te zwierzęta w bezdomność, ale według naszej najlepszej wiedzy, umiejętności i możliwości staramy się polepszyć ich stan zdrowia i byt.

 

Kreowanemu w mediach wizerunkowi złej sytuacji warszawskiego Schroniska zdaje się przeczyć fakt, że trafiają do nas zwierzęta pochodzące z polskich schronisk owianych złą sławą. Część tych przypadków jest powszechnie znana i oficjalna (sprawa schroniska z Radys z 2020 r.), część jest zastanawiająco tajemnicza (tegoroczne, „przerzuty” psów z jednego ze schronisk w centralnej Polsce). Wśród kotów sytuacja jest równie intrygująca – liczba trafiających do nas zwierząt tego gatunku z roku na rok się zwiększa, pomimo trwających od lat miejskich akcji kastracji i uświadamiania społeczeństwa w temacie zapobiegania bezdomności zwierząt.

 

W naszej pracy, dla niektórych może być to zaskoczeniem, więcej czasu spędzamy z ludźmi niż ze zwierzętami. Kontakt z drugim człowiekiem prowadzi oczywiście czasem do sytuacji konfliktowych. Dotyczy to również naszych relacji z wolontariuszami. Z częścią wolontariatu dogadujemy się lepiej, z inną gorzej. Do pewnych wolontariuszy czujemy autentyczną sympatię, do innych antypatię. Jest to naturalne i ludzkie. Staramy się jednak podchodzić do tego profesjonalnie, aby osobiste animozje nie przeszkadzały w osiągnięciu głównego celu naszej pracy, jakim jest zwiększenie dobrostanu naszych podopiecznych. Krzywdzące są dla nas opinie niektórych z wolontariuszy, o ich rzekomej moralnej przewadze nad nami („wolontariat to coś więcej niż praca, bo wynika z czystej miłości do zwierząt i empatii” – słowa takie sugerują, że sami takich uczuć jesteśmy pozbawieni i pracujemy wyłącznie dla pieniędzy). Kształcimy się ustawicznie i przywykliśmy do tego, że naszą wiedzę oceniają bardziej doświadczeni koledzy i koleżanki po fachu, często z tytułami, stopniami i dorobkiem naukowym, a ewentualne błędy ocenia samorząd zawodowy. W świetle tego, słowa zawarte w ostatniej skardze zgłoszonej na jednego z lekarzy: „jako wieloletnia wolontariuszka jestem w stanie ocenić wiedzę i zaangażowania lekarzy weterynarii, którzy zajmują się zwierzętami w schronisku” brzmią w naszych uszach po prostu arogancko. Stale pracujemy pod presją wynikającą nie tylko z samego charakteru naszego zawodu (lekarz weterynarii jest profesją z jednym z wyższych wskaźników samobójstw), ale także z racji miejsca w którym go wykonujemy i tego pod jaką lupą kontroli społecznej się znajdujemy. W pracy lekarza prywatnego zakładu leczniczego dla zwierząt nierzadkie są sytuacje, gdy w ciągu dnia wykonuje on więcej eutanazji niż wykonuje się ich w ciągu miesiąca „na Paluchu”. Wydawać by się mogło, że to dobrze. Jednak my wiemy z czego to wynika – nie jest to efekt dobrego zdrowia trafiających do nas zwierząt, nie jest to też rezultat naszego cudotwórczego działania, czy przesadzonej ambicji objawiającej się chęcią ratowania za wszelką cenę beznadziejnie już chorych zwierząt. To efekt obaw schroniskowych lekarzy weterynarii przed byciem posądzonym o zbyt pochopne działanie, przez osoby z mniejszą od naszej wiedzą, ale za to dużą samooceną oraz dostępem do Internetu i mediów społecznościowych. Nikt z nas nie chce być ofiarą internetowego linczu.

Nasi koledzy po fachu, członkowie rodzin czasem pytają nas, jak i dlaczego jeszcze to znosimy, dlaczego nadal pracujemy w schronisku. Częstotliwość takich pytań zwiększa się na ogół po wybuchach kolejnych „afer” w Internecie. Obecnie, gdy na wniosek wolontariatu kierowane są do Schroniska kolejne kontrole, a sami wolontariusze, słusznie określani jako kontrola społeczna, negatywnie reagują na próby zwiększenia przejrzystości ich pracy i poddania jej nadzorowi, wykorzystywanie nieprawdziwie przedstawianych historii leczenia kilku zwierząt oraz podważanie naszych kompetencji, przelewa czarę goryczy. Jest to w naszej ocenie czysto partykularna taktyka, mająca na celu zwiększenie szumu medialnego wokół Schroniska. Według nas szczególnie niegodziwy i nieprzystający do etosu wolontariatu jest fakt tworzenia tych „rewelacji” choćby bez wcześniejszej próby zdobycia informacji z pierwszej ręki – od lekarza. Takie działania polaryzują schroniskową społeczność, wzbudzają nieufność, obniżają morale załogi. Warte dodania jest też, że szczególnie nasilone ostatnio zasypywanie Schroniska mailami, często kilkoma w tej samej sprawie lub sprawach, zarówno przez samych wolontariuszy, jak też wręcz zwoływanych przez nich w Internecie stroskanych obywateli, nie usprawnia naszej pracy. Na każdą taką wiadomość dotyczącą spraw weterynaryjnych odpowiedzi udzielić musi lekarz weterynarii. Prowadzenie takiej korespondencji zabiera dużą ilość czasu, który mógłby być spożytkowany z większym pożytkiem dla zwierząt. Efekt tych wszystkich zdarzeń, czyli (co nietrudno odgadnąć) zmniejszenie współpracy między pracownikami i wolontariatem, może odbić się negatywnie na zwierzętach i to niestety w długofalowej perspektywie. Dlatego jako schroniskowi lekarze weterynarii nie zgadzamy się na kreowanie fałszywego obrazu Schroniska.

Czeski pisarz i filozof Milan Kundera pisał, że niszczymy to, o co walczymy. Warto byłoby, żeby te słowa do serca wzięły sobie wszystkie osoby związane ze Schroniskiem i jego zwierzętami.


Uwaga! Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiując treści i grafikę z naszej strony akceptujesz warunki umowy licencyjnej.

Copyright © 2016-2019 warszawawpigulce.pl  ∗  Polityka prywatności  ∗  Powered by BLUEICE Warszawę w Pigułce obsługuje Biuro Rachunkowe MP-Consulting i Partnerzy s.c.
c