Tłumy na defiladzie. „Fatalna organizacja, ludzie wchodzili w kwiaty i na donice”
Półtora tysiąca żołnierzy, jazda konna, transportery, czołgi i samoloty. Tak wyglądała defilada na którą przyszło tysiące mieszkańców stolicy. Organizacyjnie wypadło jednak dość słabo.

Wydarzenie to było nie tylko wielką okazją do świętowania i ogromnym widowiskiem, ale także przedsięwzięciem organizacyjnym i logistycznym. Teoretycznie defilada miała zacząć się o 12:00 przelotem samolotów. Tymczasem o 11:30 przeszli żołnierze, po 12:00 przejechał prezydent Andrzej Duda, a dopiero o 12:35 nadleciały samoloty. Na ziemi na ich przelot czekały już wojska opancerzone.
Sytuacja za barierkami była kontrolowana częściowo. Niektórzy widzowie przeskoczyli przez ogrodzenie i usiedli przed nimi. Służby porządkowe kazały więc wrócić na swoje miejsce, ale trwało to dobre kilka minut. To, co działo się w części dla widowni nie było kontrolowane już przez nikogo. Ludzie wchodzili na co się da, by zobaczyć wszystko z wyższej perspektywy, z braku miejsca zdeptane zostały kwiaty.
Nie były też dopełnione kwestie bezpieczeństwa, które mogliśmy obserwować podczas szczytu NATO i Światowych Dni Młodzieży. Nikt nie usunął donic i koszy, na które wdrapywali się widzowie.
Spostrzeżenia te podzielają inni uczestnicy spotkania. Niektóre z nich można było usłyszeć na miejscu, inne można przeczytać w internecie.

Redaktor naczelny serwisu. Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Warszawskim z ponad 15-letnim doświadczeniem w mediach. Specjalista ds. strategii informacyjnych i komunikacji kryzysowej. Wieloletni inwestor giełdowy i praktyk rynków finansowych. W swoich tekstach łączy warsztat dziennikarski z praktyczną wiedzą o podatkach, inwestowaniu i mechanizmach rynkowych, tłumacząc zawiłości ekonomii na język codzienny.