Złoto przebija 5500 dolarów. Eksperci zaskoczeni, inwestorzy w rozterce
Dzisiejszy poranek przyniósł kolejny historyczny moment na rynku metali szlachetnych. Uncja złota przekroczyła barierę 5500 dolarów, osiągając poziom 5521 dolarów – o prawie 2 procent więcej niż dzień wcześniej. To cena, którą jeszcze kilka miesięcy temu uznawano za futurystyczną prognozę na koniec roku. Tymczasem złoto dotarło tam już w styczniu, wyprzedzając nawet najbardziej optymistyczne scenariusze największych banków inwestycyjnych. Dla jednych to dowód na słuszność decyzji o zakupie kruszcu, dla innych – sygnał ostrzegawczy, że coś na rynku zaczyna wymykać się spod kontroli.

Grafika poglądowa (generowana automatycznie – Gemini)
Żeby zrozumieć skalę zjawiska, trzeba cofnąć się o niespełna rok. W styczniu 2025 roku uncja złota kosztowała niewiele ponad 2600 dolarów. Dziś mówimy o poziomie dwukrotnie wyższym. W polskich złotych oznacza to, że gram kruszcu podrożał z około 360 złotych do ponad 630 – niemal osiemdziesięcioprocentowy wzrost w ciągu dwunastu miesięcy. Dla kogoś, kto zainwestował wtedy dwadzieścia tysięcy złotych w sztabki, portfel urósł do około trzydziestu sześciu tysięcy. Nie dziwi więc, że w kantorach i u dealerów metali szlachetnych panuje oblężenie, a czas oczekiwania na dostawę najpopularniejszych produktów wydłużył się do kilku tygodni.
Co napędza tę niespotykaną od dekad dynamikę? Analitycy wskazują na splecenie kilku czynników, które zwykle działają osobno, a teraz wystąpiły jednocześnie. Banki centralne – zwłaszcza z krajów rozwijających się – kupiły w ostatnich latach ponad tysiąc ton złota rocznie, rekordowo trzeci rok z rzędu. Narodowy Bank Polski również zwiększa rezerwy, a prezes Adam Glapiński zapowiada podniesienie udziału złota do dwudziestu procent całości. To nie są kosmetyczne ruchy – to strategiczna dywersyfikacja w obliczu niepewności wokół dolara i obligacji skarbowych.
Równolegle napięcia geopolityczne nie dają o sobie zapomnieć. Amerykańska operacja w Wenezueli na początku stycznia, eskalacja wokół Grenlandii, brutalne stłumienie protestów w Iranie, a na dodatek otwarty konflikt między Donaldem Trumpem a Jerome’em Powellem, szefem Rezerwy Federalnej – każda z tych sytuacji osobno wystarczyłaby, by pchnąć inwestorów w stronę bezpiecznych aktywów. Razem tworzą koktajl, który podbija notowania złota o kolejne setki dolarów.
Do tego dochodzi oczekiwanie na luzowanie polityki monetarnej. Rynki zakładają co najmniej dwie obniżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych w tym roku. Gdy lokaty i obligacje przynoszą coraz mniej, a realne stopy procentowe mogą zejść poniżej zera, złoto staje się naturalnym wyborem dla kapitału szukającego ochrony przed inflacją. Równocześnie napływ środków do funduszy ETF opartych na złocie wyniósł w ostatnich miesiącach dziesiątki miliardów dolarów, choć zasoby tych funduszy wciąż nie osiągnęły szczytu z 2020 roku – co sugeruje, że popyt może dalej rosnąć.
Jednak nie wszyscy podzielają entuzjazm kupujących. Goldman Sachs podniósł niedawno swoją prognozę do 5400 dolarów za uncję, ale eksperci tego banku jednocześnie ostrzegają przed możliwą korektą rzędu pięciuset dolarów. HSBC przewidywało szczyt przy 5050 dolarach w pierwszej połowie roku, po czym oczekiwano schłodzenia – tymczasem rynek przekroczył już tę barierę. Analitycy z UniCredit sugerują, że cena może spaść nawet o kilkaset dolarów, choć utrzyma się powyżej kluczowych poziomów psychologicznych.
Peter Taylor z Macquarie Group zwraca uwagę na rosnącą trudność w prognozowaniu złota. Kruszec coraz bardziej odrywa się od fundamentów podażowo-popytowych i jest napędzany nastrojami oraz spekulacją. Niektórzy eksperci zaczynają używać określenia „wykupienie” i wskazują na wskaźniki techniczne sugerujące możliwość niewielkiej korekty. RSI – popularny indykator momentum – znajduje się blisko strefy wykupu, co historycznie poprzedzało cofnięcia.
Co to oznacza dla ciebie?
Jeśli zastanawiasz się, czy teraz jest dobry moment na zakup złota, odpowiedź nie jest prosta. Z jednej strony wszystkie fundamenty – od polityki banków centralnych po napięcia geopolityczne – wciąż wspierają wysokie ceny. Z drugiej strony przy poziomie 5500 dolarów za uncję ryzyko głębszej korekty staje się realne. Historia pokazuje, że po każdej spektakularnej hossie przychodzi moment realizacji zysków przez największych graczy.
Fizyczny kruszec w polskich sklepach kosztuje dziś znacznie więcej niż sugerowałyby same notowania. Sztabka jednouncjowa to wydatek rzędu 22-23 tysięcy złotych, a dealerzy doliczają marże sięgające dwunastu procent. Dla kogoś, kto planuje długoterminową inwestycję i ma bezpieczne miejsce do przechowania, to może mieć sens. Ale jeśli liczysz na szybki zarobek, pamiętaj – złoto potrafi stracić kilkanaście procent wartości w kilka tygodni, gdy nastroje na rynku się odwrócą.
Bardziej elastyczną opcją są fundusze ETF oparte na złocie. Unikasz wtedy kosztów magazynowania, ubezpieczenia i ryzyka kradzieży, choć tracisz kontrolę nad fizycznym aktywem. Warto też pamiętać, że twój zysk w Polsce zależy nie tylko od ceny złota w dolarach, ale też od kursu złotówki. Jeśli nasza waluta się umocni wobec dolara, ostateczny wynik może być skromniejszy niż oczekiwałeś.
Eksperci z branży finansowej zwracają uwagę, że złoto powinno stanowić element portfela, a nie całość oszczędności. Rozważna alokacja to maksymalnie dziesięć-piętnaście procent. Więcej oznacza ryzyko, że przy nagłej korekcie stracisz więcej, niż możesz sobie pozwolić. Kruszec nie generuje dywidend ani odsetek – zarabiasz wyłącznie na wzroście ceny. A ta, jak pokazuje historia, potrafi być bardzo kapryśna.
Perspektywy na najbliższe miesiące pozostają podzielone. Ole Hansen z Saxo Banku widzi potencjał nawet powyżej 6000 dolarów, jeśli napięcia geopolityczne się utrzymają i Fed rzeczywiście obniży stopy. Część analityków prognozuje jednak scenariusz, w którym złoto cofnie się do 4400-4500 dolarów, zanim rozpocznie kolejny impuls wzrostowy. Morgan Stanley stawia na wolniejsze tempo zwyżek z korektami po drodze.
Niezależnie od tego, która wizja się spełni, jedno jest pewne – złoto przestało być nudnym aktywem dla konserwatystów. Stało się jednym z najbardziej dynamicznych i emocjonujących rynków 2026 roku. Dla inwestorów oznacza to zarówno szansę na spektakularne zyski, jak i ryzyko bolesnych strat. Decyzję podejmuj na chłodno, z rozwagą i pamiętając, że na rynku finansowym najdrożej płacą ci, którzy kupują w szczycie hossy napędzani emocjami i obietnicami błyskawicznego wzbogacenia.

Z zawodu językoznawca i tłumacz języka angielskiego. W redakcji od samego początku.