Śmierć 5-latka po koszmarze na Grochowskiej. Auto dachowało prosto na pieszych. Lekarze byli bezsilni
Tragedia, która wstrząsnęła całą Warszawą, ma swój najczarniejszy finał. Mimo heroicznej walki służb ratunkowych i błyskawicznego transportu do szpitala, życia 5-letniego chłopca nie udało się uratować. Dziecko stało się niewinną ofiarą makabrycznego wypadku na placu Szembeka, gdzie dachujący samochód z impetem wbił się w grupę przechodniów. Bilans zdarzenia jest wstrząsający – łącznie poszkodowanych zostało sześć osób.

Fot. Czytelniczka Marta
Zdarzenie, które początkowo wyglądało na niegroźną kolizję, zamieniło się w walkę o życie najmłodszych. Rzeczniczka Lotniczego Pogotowia Ratunkowego potwierdziła najgorsze doniesienia – dziecko, które w stanie krytycznym trafiło pod opiekę specjalistów, zmarło w szpitalu. Obrażenia odniesione w wyniku uderzenia okazały się zbyt rozległe.
Wstępne ustalenia policji: wymuszenie pierwszeństwa
Według ustaleń funkcjonariuszy stołecznej policji, dramat rozegrał się w ułamkach sekund. Kierowca Forda, wykonując manewr skrętu w lewo z ulicy Zamienieckiej, wymusił pierwszeństwo na jadącej prawidłowo ulicą Grochowską Toyocie. Skutki tego błędu były katastrofalne. Uderzona Toyota straciła stabilność, dachowała i wpadła na przejście dla pieszych, taranując znajdujące się tam osoby.
Świadkowie zdarzenia relacjonowali, że samochód dosłownie wleciał na chodnik. Czerwone auto zatrzymało się kołami do góry, przygniatając przechodniów. Strażacy musieli użyć parawanów, aby osłonić drastyczny widok przed gapiami i zapewnić ratownikom warunki do pracy.
Dramatyczny bilans. Szpital i lądowanie śmigłowca
Skala tragedii jest ogromna. Oprócz tragicznie zmarłego 5-latka, w zdarzeniu ucierpiało pięć dorosłych osób. Do szpitali przetransportowano trzy kobiety w wieku 30, 34 i 45 lat, które również znajdowały się w strefie rażenia. Dwóm mężczyznom, którzy odnieśli lżejsze obrażenia, pomocy udzielono na miejscu.
Akcja ratunkowa była prowadzona z najwyższym priorytetem. Na miejsce zadysponowano aż pięć zastępów straży pożarnej oraz cztery karetki pogotowia. Powagę sytuacji podkreślał widok śmigłowca LPR, który lądował w pobliżu miejsca wypadku. Niestety, tym razem wyścig z czasem został przegrany.
Miejsce wypadku zostało całkowicie odcięte od ruchu. Służby pod nadzorem prokuratora prowadzą szczegółowe oględziny, by dokładnie odtworzyć przebieg tego tragicznego zdarzenia. Mieszkańcy muszą liczyć się z paraliżem komunikacyjnym w tej części miasta.

Z zawodu językoznawca i tłumacz języka angielskiego. W redakcji od samego początku.