Koniec ze zmianą czasu? Ten rok jest przełomowy – kończą się przepisy podpisane przez Premiera Morawieckiego
W nocy z 28 na 29 marca 2026 roku większość z nas zrobi coś, czego naprawdę nikt nie lubi. Przestawi zegarki. O godzinie 2:00 wskazówki pójdą na 3:00, co oznacza jedno: śpimy godzinę krócej. Dla jednych to tylko irytujący rytuał, dla innych realny problem, bo organizm przez kolejne dni nie może się pozbierać.

Fot. Warszawa w Pigułce
I tu pojawia się pytanie, które wraca co roku jak bumerang: czy to naprawdę musi tak wyglądać? A może w 2026 roku przestawimy zegarki po raz ostatni?
W ostatnich miesiącach temat wrócił na poważnie. Nie dlatego, że ludzie nagle zaczęli masowo protestować, tylko dlatego, że kończy się okres, na który wyznaczono oficjalne terminy zmian czasu w Unii Europejskiej. To ważny detal, bo łatwo tu o uproszczenie: to nie jest tak, że zmiana czasu „wygasa” sama z siebie. Jeśli nic się nie zmieni w prawie, zegarki dalej będą przestawiane.
Marcowe przestawienie zegarków – dokładnie o której i jak to się odbędzie
Zmiana czasu na letni zawsze odbywa się w ostatnią niedzielę marca. W 2026 roku wypada ona 29 marca. Przestawienie następuje w środku nocy. O godzinie 2:00 robi się 3:00. W praktyce tracimy godzinę snu i wchodzimy w tryb, który wielu osobom rozjeżdża cały tydzień.
Dla większości ludzi to symboliczna zmiana. Dla systemów i instytucji już niekoniecznie. Zmiana czasu to moment, który wymaga synchronizacji. Dotyczy to transportu, banków, serwerów, harmonogramów pracy, systemów biletowych i rozliczeń. W idealnym świecie wszystko dzieje się automatycznie. W realnym świecie często kończy się to drobnymi awariami, opóźnieniami albo błędami w rezerwacjach.
Wiele urządzeń przestawi czas samo. Telefony, komputery, smartwatche, telewizory, część samochodów. Ale zegary ścienne, budziki, niektóre urządzenia starszego typu oraz część systemów przemysłowych nadal wymagają ręcznej korekty. W firmach, które pracują w nocy, ta godzina potrafi wywołać spore zamieszanie.
Rozporządzenie z czasów Morawieckiego – i tu jest haczyk
W Polsce temat zmiany czasu jest uregulowany również krajowo. W przestrzeni publicznej często przewija się informacja o rozporządzeniu prezesa Rady Ministrów z 4 marca 2022 roku, podpisanym w czasach rządu Mateusza Morawieckiego. I tu dochodzimy do sedna: takie rozporządzenia nie są „wieczne”.
To właśnie dlatego masz dobre przeczucie, że coś się kończy.
Tyle że to nie oznacza, że kończy się sama zmiana czasu. Kończy się okres, na jaki wydano konkretne krajowe rozporządzenie. Jeżeli Polska nadal ma obowiązek stosować zmianę czasu zgodnie z prawem unijnym, to po prostu trzeba będzie wydać kolejne rozporządzenie, które będzie kontynuowało te terminy.
Czyli: wygasa dokument, ale nie wygasa obowiązek, jeśli Unia nadal go utrzymuje. To kluczowa różnica, bo wiele tekstów w sieci sugeruje, że „zmiana czasu kończy się w 2026 roku”. To brzmi świetnie, ale nie jest pewnikiem. To raczej moment graniczny, po którym sytuacja może pójść w dwie strony: albo Unia dopnie temat i zlikwiduje zmianę czasu, albo zostanie po staremu, tylko z nowymi terminami.
Czas biologiczny kontra zegarek. Organizm tego nie lubi
Największy problem ze zmianą czasu jest taki, że człowiek nie działa jak telefon. Nie przestawisz go jednym kliknięciem i nie wróci do normy po 3 minutach. Organizm reguluje się światłem, porą snu, rutyną i rytmem dnia. Gdy nagle każesz mu wstać godzinę wcześniej, to ciało często reaguje jak po mini-jet lagu.
U wielu osób przez pierwsze dni po zmianie czasu pojawia się rozbicie. Jest senność w ciągu dnia. Jest gorsza koncentracja. Jest rozdrażnienie. I co ciekawe, nawet jeśli ktoś mówi, że „w ogóle tego nie czuje”, to często i tak funkcjonuje gorzej, tylko nie łączy tego z zegarkiem.
Adaptacja może trwać kilka dni, ale bywa, że ciągnie się nawet 2 tygodnie. To szczególnie uderza w osoby, które mają sztywny harmonogram. Rodzice dzieci w wieku szkolnym czują to najmocniej, bo tu nie ma miejsca na „poleżę dłużej”.
Zawały, udary, wypadki. Brzmi grubo, ale statystyki są bezlitosne
To nie jest temat wyłącznie „komfortu”. W badaniach naukowych od lat pojawiają się dane sugerujące, że po wiosennej zmianie czasu rośnie ryzyko poważnych zdarzeń zdrowotnych.
W części analiz medycznych wskazywano, że w poniedziałek po zmianie czasu na letni wzrasta liczba przypadków zawałów serca. Pojawiały się też wyniki sugerujące wzrost ryzyka udarów niedokrwiennych w pierwszych dniach po przestawieniu zegarków. Nie chodzi o to, że zmiana czasu „wywołuje zawał” u zdrowego człowieka. Chodzi o to, że u osób z obciążeniami, problemami krążeniowymi albo przewlekłym stresem ta jedna godzina potrafi być dodatkowym czynnikiem ryzyka.
Podobnie jest na drogach. Jeśli człowiek jest niewyspany, działa wolniej. Ma gorszy refleks. Łatwiej o błąd. I to widać w danych, bo po zmianie czasu od lat obserwuje się wzrost liczby wypadków w pierwszych dniach.
To jest dokładnie ten typ problemu, który nie robi wrażenia, dopóki nie dotknie kogoś bliskiego. A potem nagle „głupia godzina” przestaje być głupia.
Depresja i spadek nastroju. Zmiana czasu nie jest neutralna psychicznie
O zmianie czasu mówi się zwykle w kontekście snu. Rzadziej w kontekście psychiki. A to też ma znaczenie, bo rozregulowanie rytmu dobowego wpływa na nastrój.
Niektóre badania sugerowały wzrost liczby diagnoz depresji po zmianie czasu. Szczególnie u osób, które już wcześniej miały problemy z nastrojem. I to ma sens. Sen jest jednym z głównych stabilizatorów psychiki. Jeśli go psujesz, to zaczynają się schody.
Wiosenna zmiana czasu jest pod tym względem brutalniejsza, bo zabiera godzinę snu. Jesienna teoretycznie daje godzinę „w gratisie”, ale potrafi rozwalić rytm dnia w inny sposób. Człowiek budzi się wcześniej, szybciej robi się ciemno i wiele osób czuje spadek energii.
Dzieci i szkoła. Tu zmiana czasu uderza najmocniej
Dorośli mogą wypić więcej kawy. Mogą przesunąć pracę. Mogą się jakoś ratować. Dzieci nie mają takiej możliwości.
Jeśli dziecko ma lekcje od rana, to musi wstać. Koniec. Zmiana czasu często oznacza dla uczniów tydzień gorszego snu. To przekłada się na koncentrację, wyniki w nauce i zachowanie. Nauczyciele widzą to jak na dłoni. Rodzice widzą to jeszcze mocniej.
I nie chodzi tylko o „marudzenie”. U dzieci sen to fundament rozwoju. Wystarczy kilka dni gorszego snu, żeby pojawiła się drażliwość, płaczliwość i problemy z regulacją emocji.
Gospodarka też płaci rachunek. I to wcale nie jest mały rachunek
Zmiana czasu wygląda jak coś symbolicznego. W praktyce jest kosztowna. Dwa razy w roku trzeba dostosować systemy. Trzeba przeliczać harmonogramy. Trzeba pilnować, żeby nie doszło do błędów w rozliczeniach.
Transport publiczny musi działać w nocy zmiany czasu. Kolej i komunikacja dalekobieżna mają swoje procedury. Linie lotnicze muszą pilnować siatek połączeń. W branżach, które działają 24/7, jak logistyka, produkcja czy służby, ta jedna godzina potrafi wywołać sporo zamieszania.
Do tego dochodzi kwestia wydajności. Jeśli pracownicy są niewyspani, to pracują gorzej. Popełniają więcej błędów. Dłużej wykonują proste zadania. I to nie jest teoria. To realnie przekłada się na koszty.
Nadgodziny i pieniądze. Zmiana czasu ma wpływ na wypłaty
To jest temat, który często pomija się w artykułach, a jest bardzo praktyczny.
W noc zmiany czasu z letniego na zimowy, czyli jesienią, część pracowników pracuje realnie godzinę dłużej. Jeśli ktoś ma zmianę nocną i wypada mu ta „dodatkowa godzina”, to pracodawca musi to rozliczyć zgodnie z Kodeksem pracy. W praktyce może to oznaczać wypłatę dodatku za nadgodziny albo oddanie czasu wolnego.
Przy dużych zakładach pracy to robi się konkretna suma. Przy służbach, ochronie, produkcji i logistyce to jest realny problem organizacyjny. I kolejny dowód na to, że zmiana czasu nie jest tylko „przestawieniem zegarka w kuchni”.
Unia chciała to zlikwidować. I prawie się udało
W 2018 roku Komisja Europejska zrobiła ogromne konsultacje społeczne dotyczące zmiany czasu. Wzięły w nich udział miliony obywateli. Wynik był jednoznaczny. Zdecydowana większość była za likwidacją sezonowego przestawiania zegarków.
Potem wydarzyło się coś, co w UE zdarza się często: polityka i interesy krajów wygrały z logiką.
Komisja zaproponowała rozwiązanie, które brzmiało sensownie: każdy kraj wybiera, czy zostaje na stałe przy czasie letnim czy zimowym. I koniec przestawiania. Parlament Europejski poparł tę ideę. Ale sprawa utknęła w Radzie UE, bo państwa członkowskie nie mogły się dogadać.
Jedni chcieli stałego czasu letniego. Inni woleli zimowy. Część krajów obawiała się chaosu w transporcie, jeśli sąsiedzi wybiorą inne rozwiązania. Pojawiły się też argumenty o bezpieczeństwie, gospodarce i energii.
Efekt był taki, że temat nie umarł, ale ugrzązł. I wraca dopiero teraz, bo zbliża się moment, w którym trzeba zdecydować, co dalej.
2026 rok nie jest magiczną datą. Ale jest granicą, która zmusza do decyzji
Wiele osób mówi dziś: „zmiana czasu kończy się w 2026 roku”. To hasło jest chwytliwe, ale trzeba je powiedzieć uczciwie: to nie jest pewnik.
To raczej moment, w którym kończą się oficjalnie rozpisane terminy obowiązujące w UE na ten okres. Jeśli Unia nic nie zmieni, będzie trzeba to przedłużyć. Jeśli Unia dopnie temat i uchwali nowe rozwiązanie, wtedy faktycznie możemy być blisko końca przestawiania zegarków.
Dlatego marzec 2026 może być „ostatni” tylko w jednym scenariuszu: jeśli UE uzgodni nowe przepisy i państwa członkowskie wdrożą je w sposób skoordynowany. A to nie jest proste, bo wymaga zgody wielu krajów i wspólnego terminu.
Polska próbowała ruszyć temat. Ale sama nie może zrobić rewolucji
W Polsce również pojawiały się pomysły na wprowadzenie stałego czasu, na przykład pozostawienia czasu letniego przez cały rok. Były projekty polityczne i zapowiedzi rozmów na poziomie UE.
Problem jest jeden: Polska nie może wprowadzić takiej zmiany w pełni samodzielnie, jeśli obowiązuje wspólne prawo unijne. Jednostronne działanie oznaczałoby chaos w relacjach międzynarodowych. Loty, kolej, rozkłady jazdy, systemy bankowe i transakcje finansowe są zsynchronizowane w całej Europie.
W teorii da się to zrobić. W praktyce byłoby to jak wyjęcie jednego klocka z układanki, w której każdy element musi pasować do reszty.
Co to oznacza dla Ciebie? Co możesz zrobić, żeby mniej to odczuć?
Zmiana czasu jest wkurzająca, ale można trochę zmniejszyć jej skutki.
Jeśli masz taką możliwość, warto już kilka dni wcześniej przesuwać porę snu o 10-15 minut. Organizm znosi to lepiej niż nagły skok o godzinę. Pomaga też poranne światło. Im szybciej złapiesz naturalne światło po przebudzeniu, tym szybciej mózg dostaje sygnał, że „dzień się zaczął”.
Warto też odpuścić ciężkie wieczory przed zmianą czasu. Alkohol i kofeina potrafią pogorszyć jakość snu, nawet jeśli człowiek „zaśnie normalnie”. I wtedy po zmianie czasu jesteś podwójnie zmęczony.
Osoby z chorobami serca, nadciśnieniem i problemami ze snem powinny uważać szczególnie. Dla nich to nie jest kosmetyka, tylko realne ryzyko gorszego samopoczucia.
Czy to będzie ostatnia zmiana czasu?
Na dziś odpowiedź brzmi: raczej nie. Przynajmniej nie ma żadnej decyzji, która dawałaby 100% pewność, że po marcu 2026 przestaniemy przestawiać zegarki.
Wszystko wskazuje na to, że w nocy z 28 na 29 marca 2026 roku zmiana czasu odbędzie się normalnie. Zegarki pójdą z 2:00 na 3:00. Większość urządzeń zrobi to automatycznie, ale część nadal będzie wymagała ręcznego przestawienia.
A co dalej? To zależy od Unii. Jeśli państwa członkowskie w końcu dogadają się, czy zostajemy na stałe przy czasie letnim czy zimowym, wtedy sezonowe zmiany mogą przejść do historii. Jeśli nie, temat znów zostanie odłożony, a my dalej będziemy tracić godzinę snu każdej wiosny.
I właśnie dlatego ta marcowa noc w 2026 roku jest ważna. Nie dlatego, że coś „wygasa samo”, tylko dlatego, że Europa znów będzie musiała zdecydować: kończymy ten absurd, czy ciągniemy go dalej kolejne lata.
Redaktor naczelny portalu. Absolwent Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Zawodowo interesuje się prawem i ekonomią.