Nadchodzi finansowy dramat Polaków. Podwyżki mogą uderzyć z kilku stron jednocześnie
Najpierw paliwo, później transport, energia, usługi i zakupy. Nad polskimi gospodarstwami domowymi zbierają się finansowe chmury, a utrzymanie obecnych cen surowców może uruchomić cały łańcuch podwyżek. Kierowcy już widzą wysokie ceny na stacjach, tymczasem eksperci zwracają uwagę na kolejny problem – drożejącą energię. Jeżeli niekorzystny scenariusz się zrealizuje, skutki odczują również osoby, które samochodu w ogóle nie mają.

Domowe budżety mogą znaleźć się w najbliższych miesiącach pod coraz większą presją. Problem polega na tym, że wzrost cen jednego podstawowego surowca szybko przenosi się na kolejne elementy gospodarki. Droższe paliwo oznacza większe koszty transportu, a wyższe ceny energii podnoszą koszty funkcjonowania sklepów, zakładów produkcyjnych i firm usługowych.
Dlatego rachunek za tankowanie może być dopiero początkiem. Jeśli firmy zaczną przerzucać rosnące koszty na klientów, więcej będziemy płacić także tam, gdzie na pierwszy rzut oka cena benzyny nie ma żadnego znaczenia.
Paliwo może być pierwszym uderzeniem
Według przytoczonej prognozy e-petrol.pl benzyna Pb95 może w najbliższych dniach kosztować 7,83–7,99 zł za litr, natomiast w przypadku oleju napędowego prognozowany przedział wynosi 8,79–8,87 zł za litr. Analitycy BM Reflex zwracają jednocześnie uwagę na ryzyko kolejnych rekordów cen benzyny i diesla.
Dla kierowcy oznacza to bezpośrednio większy rachunek na stacji, ale gospodarcze konsekwencje mogą być znacznie szersze. Paliwo jest jednym z podstawowych kosztów transportu towarów, pracy firm kurierskich, przedsiębiorstw usługowych czy dostaw produktów do sklepów.
Jeżeli koszt przewiezienia towaru rośnie, przedsiębiorca musi zdecydować, czy bierze podwyżkę na siebie, czy przynajmniej część przenosi na klienta. Właśnie w ten sposób wysokie ceny paliw mogą zacząć pojawiać się na naszych paragonach, mimo że przy kasie nie kupujemy ani litra benzyny.
Kolejnym ciosem może być energia
Jeszcze poważniejsze dla domowych budżetów mogą okazać się ceny energii. W przekazanym materiale wskazano na wysokie ceny obserwowane na Towarowej Giełdzie Energii oraz presję wynikającą m.in. z kosztów gazu i uprawnień do emisji CO2.
Według ekspertów cytowanych przez „Rzeczpospolitą” taryfy za samą energię mogłyby wzrosnąć do około 590–600 zł za MWh, co oznaczałoby wzrost rzędu 20 proc. Trzeba jednak bardzo wyraźnie zaznaczyć: to scenariusz, a nie zatwierdzona już podwyżka rachunków. Ostateczne stawki będą zależały m.in. od decyzji prezesa Urzędu Regulacji Energetyki.
Gdyby jednak sama energia podrożała o 100 zł za MWh, gospodarstwo zużywające rocznie około 2 MWh zapłaciłoby w skali roku około 200 zł więcej za ten element rachunku. Nie oznacza to wzrostu całej faktury o 200 zł miesięcznie – chodzi o roczny efekt przy takim założeniu cenowym.
Polacy mogą zapłacić także przy kasach
Łańcuch potencjalnych podwyżek na energii się nie kończy. Prąd i paliwo są kosztami ponoszonymi praktycznie na każdym etapie produkcji i sprzedaży żywności – od gospodarstwa i zakładu przetwórczego, przez chłodnie i magazyny, aż po ciężarówkę dowożącą produkty do supermarketu.
Na razie konsumenci mają tu powód do zadowolenia. Z przytoczonego zestawienia PanParagon i Business Insider Polska wynika, że koszyk podstawowych produktów kosztuje około 92 zł, podczas gdy jeszcze w kwietniu było to niemal 116 zł. Jednocześnie analityk PKO BP Mariusz Dziwulski ocenia, że obecna deflacja cen żywności może mieć charakter przejściowy.
To ważne zastrzeżenie. Nie można dziś stwierdzić, że ceny żywności na pewno gwałtownie wzrosną. Ryzyko polega jednak na tym, że jednoczesny wzrost kosztów paliwa i energii stworzyłby dla producentów i sprzedawców dodatkową presję kosztową.
Nawet osoby bez samochodu mogą odczuć podwyżki
To właśnie jest najbardziej niebezpieczny mechanizm dla gospodarstw domowych. Można nie posiadać samochodu i nie kupować benzyny, ale nie da się całkowicie uciec od kosztów transportu i energii ukrytych w cenach innych produktów.
Droższy transport może zwiększać koszty działalności sklepów, hoteli, restauracji czy punktów usługowych. Jeżeli przedsiębiorstwa nie będą w stanie ich absorbować, część podwyżek może ostatecznie trafić do konsumentów.
Wtedy problem przestaje dotyczyć jednego rachunku. Rodzina może zapłacić więcej za tankowanie, następnie odczuć wyższe koszty energii, a później zauważyć zmiany cen podczas codziennych zakupów i korzystania z usług.
Jest również dobra wiadomość
Nie wszystkie informacje są jednak negatywne. Według danych przytoczonych w materiale polskie magazyny gazu są wypełnione w niemal 94 proc. Dla porównania wskazano około 53,3 proc. w Niemczech i około 65 proc. średnio w Unii Europejskiej.
Wysokie zapasy zwiększają bezpieczeństwo energetyczne kraju, choć nie izolują Polski od zmian cen gazu i innych surowców na rynkach międzynarodowych.
Najgorszy scenariusz nie jest jeszcze przesądzony
„Finansowy dramat” nie jest dziś przesądzonym faktem, lecz ryzykiem wynikającym z nałożenia się kilku niekorzystnych zjawisk. Kluczowe będą dalsze ceny paliw i surowców, sytuacja na rynku energii oraz decyzje dotyczące taryf.
Jeżeli jednak kilka z tych czynników zadziała jednocześnie, Polacy mogą znaleźć się w sytuacji, w której nie podrożeje jeden produkt czy jeden rachunek. Więcej pieniędzy może zacząć znikać z portfela przy dystrybutorze, na rachunkach za energię, przy sklepowej kasie i podczas korzystania z usług.
I właśnie dlatego najbliższe miesiące mogą okazać się dla domowych budżetów znacznie trudniejsze, niż sugerowałaby sama obserwacja dzisiejszych cen w sklepach.

Dziennikarka ekonomiczna i specjalistka od tekstów prawnych, była wykładowczyni akademicka Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka newsów gospodarczych i tekstów o prawie. Posiada dyplom z zakresu tłumaczeń prawnych i ekonomicznych. Warsztat naukowy wykorzystuje w codziennej pracy redakcyjnej, tworząc precyzyjne artykuły oparte na twardych danych. Jako jedna z nielicznych dziennikarek w branży, swoje teksty opiera na bezpośredniej pracy z zagranicznymi raportami finansowymi i aktami prawnymi, bez pośredników.