Ponury kryzys zbliża się nieuchronnie. System może się zawalić już za 15 lat
W pierwszych 10 miesiącach 2025 roku w Polsce urodziło się zaledwie 202 tys. dzieci. To o 12 tys. mniej niż rok wcześniej. Jeśli tempo się utrzyma, do końca roku może być ich raptem 240 tys. – najgorzej w powojennej historii. Eksperci alarmują: przy takim spadku system emerytalny przestanie działać, a do końca wieku zostanie nas tylko 10 mln.

Fot. Warszawa w Pigułce
Główny Urząd Statystyczny opublikował dane, które brzmią jak wyrok. Współczynnik dzietności w Polsce w 2025 roku może spaść do 1,03 – oznacza to, że statystyczna kobieta w całym swoim życiu urodzi zaledwie jedno dziecko. Do prostej zastępowalności pokoleń potrzeba 2,1. Wśród krajów OECD gorzej jest tylko w Chile i Korei Południowej.
Portal Money.pl podaje, że dane za pierwsze miesiące roku śledzi serwis Birth Gauge, który monitoruje globalne trendy demograficzne. Choć oficjalne pełnoroczne dane GUS pojawią się z opóźnieniem, wstępne szacunki bardzo rzadko odbiegają od rzeczywistości. Wszystko wskazuje na to, że polski rekord upadł – nigdy od zakończenia II wojny światowej nie rodziło się u nas tak mało dzieci.
W kwietniu liczba urodzeń spadła poniżej 20 tys.
Portal Forsal.pl alarmuje, że po raz trzeci z rzędu miesięczna liczba urodzeń nie przekroczyła 20 tys. W marcu było to 18,7 tys., w lutym 18 tys., a w kwietniu 19 tys. Dla porównania – jeszcze w październiku 2024 roku narodziło się 21,4 tys. dzieci, czyli o niemal tysiąc więcej niż rok później.
Łącznie w pierwszych 4 miesiącach 2025 roku przyszło na świat 76,7 tys. dzieci – to spadek o 10,8% w porównaniu z tym samym okresem 2024 roku. Gdyby obecne tempo utrzymało się do końca roku, całkowita liczba urodzeń mogłaby wynieść zaledwie około 225-240 tys. To dramatyczny spadek względem 2017 roku, kiedy rodziło się jeszcze 401,7 tys. dzieci – czyli niemal dwa razy więcej.
Najgorsze jest to, że trend nie wyhamowuje. Jeszcze w 2017 roku współczynnik dzietności wynosił 1,45 i dawał nadzieję na odbicie. Potem było 1,32 w 2021, 1,16 w 2023, 1,10 w 2024, aż do katastrofalnego poziomu 1,03 w 2025 roku. Spadek przyśpieszył po pandemii COVID-19 i wybuchu wojny w Ukrainie – wzrost cen energii, szalejąca inflacja i ogólne poczucie niepewności sprawiły, że młode pary odkładają decyzję o dziecku albo rezygnują z niej całkowicie.
Do końca wieku zostanie nas 10 mln
Demograf Mateusz Łakomy, autor książki „Demografia jest przyszłością”, ostrzega w rozmowie z portalem RP.pl, że prognozy ONZ zakładające spadek ludności Polski do 14,5 mln w 2100 roku są już nieaktualne. Były oparte na założeniu, że współczynnik dzietności ustabilizuje się na poziomie 1,3. Utrzymanie się dzietności w okolicach 1,0 oznaczałoby, że na koniec wieku populacja Polski mogłaby być jeszcze o kilka milionów niższa – nawet tylko 10 mln osób. To oznaczałoby powrót do stanu z początku XX wieku.
Wstępne dane GUS z grudnia 2025 roku pokazują, że na koniec października populacja Polski liczyła już tylko 37,36 mln osób. Rok wcześniej było to 37,52 mln. W ciągu zaledwie 12 miesięcy ubyło 160 tys. mieszkańców. W ostatnich 12 miesiącach (listopad 2024 – październik 2025) w Polsce urodziło się 240,3 tys. dzieci, a zmarło 407,5 tys. osób. Różnica? 167 tys. więcej zgonów niż urodzeń.
Oficjalna prognoza GUS z 2023 roku zakładała spadek do 30,9 mln mieszkańców do 2060 roku – czyli utratę 6,5 mln ludzi. Portal Bankier.pl zwraca uwagę, że w niektórych województwach populacja skurczy się o ponad jedną czwartą. Największy spadek czeka świętokrzyskie (-29%), lubelskie (-25,4%) i opolskie (-25,2%). Najwolniej będą się kurczyć Mazowsze i Pomorze, głównie dzięki napływowi ludności z mniejszych miejscowości.
Tylko 15 mln pracujących utrzyma 11 mln emerytów
Według GUS w 2060 roku w wieku produkcyjnym będzie tylko 15 mln osób wobec 21,7 mln w 2025 roku. Jednocześnie liczba emerytów wzrośnie z 9 mln do 11 mln. To matematyka, która się nie spina. Coraz mniej pracujących będzie musiało utrzymywać coraz więcej osób na emeryturze.
Portal Obserwator Gospodarczy alarmuje, że przy takich trendach już za 10-15 lat system emerytalny może stanąć przed niemożliwością wypłacania świadczeń w obecnej wysokości. Bez głębokich reform grozi nam scenariusz grecki – drastyczne cięcia emerytur lub ogromne pożyczki zagraniczne na ich finansowanie, które zdławią gospodarkę na dekady.
Mediana wieku w Polsce wzrośnie z obecnych 43,3 lat do ponad 50 lat w 2060 roku. Oznacza to, że połowa Polaków będzie miała więcej niż pół wieku. Osoby w wieku 65+ będą stanowić około 32% populacji – dziś to 24%. Młodych ludzi, którzy wchodzą na rynek pracy, będzie coraz mniej. Za to rośnie liczba osób z długotrwałymi problemami zdrowotnymi – w Polsce aż 80% osób w wieku 75 lat i więcej ma przewlekłą chorobę, podczas gdy w UE dotyczy to 67% badanych.
Nauczycieli za moment zabraknie
Portal Głos Nauczycielski informuje, że średnia wieku nauczycieli w Polsce to już jedna z najwyższych w Europie – tylko 6% ma mniej niż 30 lat. To oznacza, że za kilka lat szkoły mogą zostać bez kadry. W wielu małych miejscowościach nauczyciele mają już po 60 lat i więcej, a młodzi absolwenci pedagogiki wcale nie garną się do zawodu. Niskie zarobki, stres, odpowiedzialność i brak perspektyw awansu sprawiają, że wybierają inne ścieżki kariery.
Problemem nie są tylko nauczyciele. Branża medyczna, budowlana, transportowa – wszędzie brakuje rąk do pracy. Już teraz pracodawcy skarżą się na niedobory kadr, szczególnie wykwalifikowanych specjalistów. Problem pogłębia masowa emigracja młodych Polaków – szacunki wskazują, że za granicą może przebywać nawet 2-3 mln Polaków w wieku produkcyjnym.
Kurczący się rynek pracy to również mniejsze wpływy do budżetu państwa. Mniej pracujących oznacza niższe dochody z podatków dochodowych i składek ZUS. Jednocześnie rosną wydatki na emerytury i służbę zdrowia dla starzejącego się społeczeństwa. To spirala, z której bardzo trudno się wyrwać.
Małżeństw coraz mniej, rozwodów więcej
W pierwszych 10 miesiącach 2025 roku zawarto w Polsce około 121,9 tys. małżeństw – to o prawie 3 tys. mniej niż rok wcześniej. Dla porównania w tym samym okresie 2010 roku było to ponad 213 tys., a w 2016 roku około 180 tys. ślubów. Za to liczba rozwodów wzrosła – w pierwszym półroczu 2025 orzeczono o 2 tys. więcej rozwodów niż rok wcześniej.
Portal Obserwator Gospodarczy określa to mianem „epidemii samotności”. Coraz więcej młodych Polaków rezygnuje z zakładania rodzin w ogóle. Maleje nie tylko liczba dzieci w rodzinach, ale też liczba par żyjących w stałych związkach. Średni wiek kobiet w momencie urodzenia pierwszego dziecka wzrósł z 22,7 lat w 1990 roku do 29,1 lat w 2024. To oznacza, że coraz więcej kobiet odkłada macierzyństwo na później, a część w ogóle z niego rezygnuje.
Demograf Mateusz Łakomy wskazuje w rozmowie z portalem RP.pl na głębsze przyczyny kryzysu. To nie tylko kwestie ekonomiczne jak wysokie koszty życia czy problemy mieszkaniowe, ale fundamentalne zmiany w relacjach międzyludzkich. Młodzi ludzie mają problem z nawiązywaniem trwałych więzi, ze znalezieniem partnera życiowego, z budowaniem związków opartych na zaufaniu.
Program 500+ nie pomógł
Rząd wprowadził kolejne programy zachęcające do rodzicielstwa – Rodzina 800+, Mama 4+, ulgi podatkowe dla rodzin wielodzietnych. Tyle że efekty są żadne. Portal Money.pl zwraca uwagę, że nawet kraje o najbardziej hojnej polityce rodzinnej jak Francja czy Szwecja nie osiągają już współczynnika dzietności na poziomie 2,1. We Francji wynosi on 1,56, w Holandii 1,39, a w Węgrzech – które wydają na politykę rodzinną 4% PKB – tylko 1,3.
Problem w tym, że pieniądze to nie wszystko. Brakuje odpowiedniej infrastruktury dla rodzin – za mało żłobków, przedszkoli, trudności z godzeniem pracy z opieką nad dzieckiem. Ceny mieszkań w dużych miastach są tak wysokie, że młodzi ludzie nie mogą sobie pozwolić na własne cztery kąty, a co dopiero na powiększenie rodziny. Do tego dochodzi niska jakość edukacji publicznej i służby zdrowia, co zmusza rodziców do inwestowania w prywatne odpowiedniki – to jeszcze bardziej podnosi koszty.
Raport Rządowej Rady Ludnościowej ostrzega, że Polska potrzebuje strategii demograficznej, która wskaże jak należy się przygotować i dostosować do zachodzących zmian ludnościowych. Bez takiej strategii czeka nas chaos – puste szkoły, zamykane przedszkola, brak rąk do pracy, rosnące koszty opieki zdrowotnej i emerytalnej, malejący potencjał gospodarczy.
Za 15 lat będzie za późno
Demograf Krzysztof Mamiński ostrzega, że czas się kończy. Kobiety obecnie w wieku 20 lat to już ostatnie pokolenie, które teoretycznie może odwrócić negatywny trend – ale musiałyby rodzić średnio po 3-4 dzieci każda. To mało prawdopodobne biorąc pod uwagę obecne realia społeczne i ekonomiczne.
Portal Bankier.pl cytuje ekspertów, według których zmniejszanie się populacji Polski to już proces nie do zatrzymania – można go co najwyżej spowolnić. Jedynym rozwiązaniem może być masowa imigracja, ale to rodzi inne problemy. Polska musiałaby przyjąć kilka milionów imigrantów, żeby skompensować ubytek naturalny – co wydaje się politycznie niemożliwe.
Alternatywą jest radykalna zmiana modelu gospodarczego – inwestycje w automatyzację, sztuczną inteligencję, robotykę. To może pozwolić utrzymać poziom życia pomimo malejącej populacji, ale wymaga ogromnych nakładów na edukację i modernizację. Każdy rok zwłoki oznacza, że odwrócenie negatywnych trendów staje się coraz trudniejsze.
Co to oznacza dla czytelnika
Jeśli masz dziś 30-40 lat, bardzo prawdopodobne że twoja emerytura będzie znacznie niższa niż obecnych emerytów. System może nie wytrzymać presji demograficznej. Będziesz musiał pracować dłużej – najprawdopodobniej do 67-70 lat, a może i więcej. Warto już teraz zacząć oszczędzać na emeryturę prywatnie przez III filar emerytalny (IKE, IKZE, PPE) – może to okazać się jedyną gwarancją godnego życia na starość.
Jeśli prowadzisz firmę, przygotuj się na coraz większe problemy ze znalezieniem pracowników. Już dziś w niektórych branżach brakuje rąk do pracy, a sytuacja będzie się tylko pogarszać. Może to oznaczać wyższe koszty pracy nawet o 30-50% w ciągu najbliższych 10 lat i konieczność inwestycji w automatyzację. Firmy, które nie zainwestują w nowoczesne technologie, po prostu nie przetrwają.
Ceny nieruchomości w wielu regionach Polski mogą spadać z powodu zmniejszającego się popytu. Szczególnie dotknięte będą małe miasta i wsie w województwach takich jak świętokrzyskie, lubelskie czy opolskie – prognozy mówią o 25-29% spadku populacji do 2060 roku. Te miejsca mogą się dosłownie wyludnić. Z drugiej strony atrakcyjne lokalizacje jak Warszawa, Kraków, Trójmiasto czy Wrocław mogą zyskać na wartości, bo tam będzie koncentrowała się coraz większa część pozostałej populacji.
Praktycznie każdy aspekt życia w Polsce zmieni się w ciągu najbliższych 15-20 lat. Mniej uczniów oznacza zamykanie szkół – wiele małych miejscowości już teraz ma problem z utrzymaniem podstawówki. Mniej pacjentów w przychodni sprawi, że wiele małych ośrodków zdrowia przestanie być rentownych. Sklepy, restauracje, usługi – wszystko to będzie kurczyć się wraz z malejącą liczbą mieszkańców.
Służba zdrowia będzie coraz bardziej obciążona – więcej starszych ludzi z przewlekłymi chorobami, mniej młodych pracowników medycznych. Kolejki do specjalistów mogą się wydłużyć jeszcze bardziej. Prywatna opieka medyczna stanie się praktycznie koniecznością dla tych, którzy mogą sobie na nią pozwolić.
Samorządy będą zmuszone do trudnych decyzji – mniej ludzi to mniej wpływów z podatków, a koszty utrzymania infrastruktury pozostają podobne. Może to oznaczać likwidację niektórych usług publicznych, gorsze drogi, słabszą opiekę społeczną. Gminy będą musiały się konsolidować albo drastycznie ograniczać wydatki. Każdy, kto ma dziś 20-30 lat, będzie żył w zupełnie innej Polsce niż ta, którą znamy teraz.
Redaktor naczelny portalu. Absolwent Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Zawodowo interesuje się prawem i ekonomią.