Rozbił auto o kładkę i zniknął. Żandarmeria wszczęła alarm, psy tropiące, dwa autokary z żołnierzami
W nocy z niedzieli na poniedziałek, około godziny 1:00, w Borowej Górze w gminie Serock doszło do nietypowego zdarzenia. Samochód osobowy marki Honda uderzył w konstrukcję kładki dla pieszych nad drogą krajową nr 61, a gdy na miejsce dotarły służby ratunkowe, kierowcy przy rozbitym pojeździe już nie było.

Poszukiwania z psem służbowym
Ze wstępnych ustaleń wynika, że kierujący, jadąc ulicą Nasielską, z niewyjaśnionych na razie przyczyn stracił panowanie nad pojazdem i z dużą siłą uderzył w filar kładki. Zderzenie było na tyle mocne, że auto zostało poważnie uszkodzone. Mężczyzna zdążył jednak oddalić się z miejsca zdarzenia, zanim dotarły służby ratunkowe.
Według ustaleń Wirtualnego Legionowa kierującym rozbitą hondą okazał się żołnierz Oddziału Specjalnego Żandarmerii Wojskowej. Gdy rano nie stawił się do służby, jego przełożeni rozpoczęli poszukiwania. Na miejsce kolizji skierowano dwa autokary z żołnierzami Żandarmerii Wojskowej, a dowodzący akcją zdecydowali dodatkowo o wezwaniu przewodnika z psem służbowym, który miał pomóc odnaleźć zaginionego.
Ostatecznie, jak podaje Wirtualny Legionowo, po godzinie 12:00 mężczyzna sam zgłosił się na Komisariat Policji w Serocku. Obecnie prowadzone są z nim czynności wykonywane wspólnie przez funkcjonariuszy policji oraz Żandarmerii Wojskowej.
Żandarmeria na razie nie komentuje sprawy
Redakcja Wirtualnego Legionowa skontaktowała się w tej sprawie z rzecznikiem prasowym Komendy Głównej Żandarmerii Wojskowej. Ppłk Dariusz Rozkosz przekazał dziennikarzom, że z uwagi na trwające czynności służbowe, Żandarmeria Wojskowa nie udziela na tym etapie żadnych informacji dotyczących sprawy. Okoliczności nocnego zdarzenia, a także powody, dla których kierowca zdecydował się oddalić z miejsca kolizji, są obecnie wyjaśniane przez prowadzących postępowanie.
Ucieczka z miejsca kolizji to poważne konsekwencje prawne
Oddalenie się z miejsca zdarzenia drogowego, nawet gdy nikt inny nie został poszkodowany, samo w sobie rodzi poważne konsekwencje prawne, niezależnie od tego, kim jest kierowca. Za ucieczkę z miejsca kolizji grozi w Polsce mandat w wysokości od 1000 do 5000 złotych oraz nawet 15 punktów karnych, a w zależności od okoliczności sprawa może zostać zakwalifikowana surowiej, aż po zakaz prowadzenia pojazdów czy odpowiedzialność karną, jeśli organy ścigania uznają, że doszło do czegoś więcej niż zwykłej kolizji z uszkodzeniem mienia.
Do tego dochodzi kwestia czysto finansowa – jeśli sprawca kolizji oddali się z miejsca zdarzenia, a ubezpieczyciel i tak wypłaci odszkodowanie z tytułu polisy OC za zniszczoną infrastrukturę, może później zażądać od kierowcy zwrotu całej wypłaconej kwoty w ramach tak zwanego regresu ubezpieczeniowego. W praktyce oznacza to, że próba uniknięcia natychmiastowej odpowiedzialności na miejscu zdarzenia bardzo rzadko się opłaca – w tym konkretnym przypadku, jak wynika z ustaleń Wirtualnego Legionowa, mężczyzna i tak zgłosił się na policję jeszcze tego samego dnia, a sprawą zajmują się teraz równolegle dwie służby.
Redaktor naczelny serwisu. Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Warszawskim z ponad 15-letnim doświadczeniem w mediach. Specjalista ds. strategii informacyjnych i komunikacji kryzysowej. Wieloletni inwestor giełdowy i praktyk rynków finansowych. W swoich tekstach łączy warsztat dziennikarski z praktyczną wiedzą o podatkach, inwestowaniu i mechanizmach rynkowych, tłumacząc zawiłości ekonomii na język codzienny.