Jaja znikają ze sklepów, w wielu marketach już ich nie ma. Przed świętami sklepy wprowadzą limity?

Coś, co jeszcze rok temu wydawało się niemożliwe, staje się rzeczywistością. Choć wiele merketów jest doskonale zaopatrzonych, puste miejsca na półkach pojawiają się w coraz większej liczbie sklepów. Branża drobiarska ostrzega: sytuacja będzie się pogarszać przez najbliższe tygodnie, a może nawet miesiące. Wielu analityków zastanawia się czy sklepy przed świętami nie wprowadzą limitu.

Fot. Shutterstock

Powód jest podwójny. Grypa ptaków zdziesiątkowała stada kur na polskich fermach. Jednocześnie wielkie sieci handlowe wykonały manewr, którego konsekwencji najwyraźniej nie przewidziały – wycofały z oferty jaja klatkowe, stawiając wszystko na jedną kartę.

5 mln kur mniej w półtora miesiąca

Skala epidemii grypy ptaków w Polsce robi wrażenie. Dane Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz nie pozostawiają złudzeń – w ciągu zaledwie 6 tygodni z polskich ferm zniknęło minimum 5 mln kur nieśnych. To niemal 10% całkowitego potencjału produkcyjnego kraju.

Żeby to sobie lepiej wyobrazić: każdy 10. producent jaj w Polsce przestał nagle działać. Fermy zostały zlikwidowane, ptaki zabite i utylizowane. Nie ma opcji „wstrzymania produkcji” czy „przeniesienia do innego miejsca”. Wykryty wirus oznacza natychmiastową śmierć całego stada.

Co gorsza, choroba uderzyła przede wszystkim w chów alternatywny. Ściółkowy, wolnowybiegowy, ekologiczny – to właśnie te systemy, w których kury mają więcej miejsca i kontaktu ze światem zewnętrznym, okazały się najbardziej podatne na wirusa. A to właśnie jaja z tego typu chowu trafiają dziś do wielkich marketów.

Katarzyna Gawrońska, prezeska Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz, wyjaśnia, że problem nie zniknie wraz z wiosną. „Wirus grypy ptaków dobrze znosi ujemne temperatury, jest mniej aktywny kiedy robi się wyraźnie cieplej. Można więc powiedzieć, że obecne temperatury w naszym kraju są dla niego sprzyjające”. Zima 2026 roku przedłuża zagrożenie.

Gdy strategia PR-owa trafia na realne problemy

Historia wycofywania jaj klatkowych ze sklepów to wieloletni proces. Organizacje prozwierzęce prowadziły kampanie, zbierały podpisy, wywierały presję. Efekt? Jedna po drugiej sieci handlowe ogłaszały, że rezygnują ze sprzedaży jaj z chowu klatkowego. To miało być zwycięstwo wartości nad biznesem.

Nikt jednak nie pomyślał o planie B. Co się stanie, jeśli alternatywnego chowu nagle zabraknie? Odpowiedź brzmi: chaos. I dokładnie to widzimy teraz.

„Na rynku mamy klasyczną sytuację niedostosowania popytu do podaży. Wszyscy wielcy detaliści sprzedają już tylko jaja alternatywne. Teraz tych jaj jest po prostu zbyt mało. Menadżerowie z marketów nie odrobili lekcji z zarządzania ryzykiem” – komentuje Katarzyna Gawrońska z Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz.

Liczby mówią same za siebie. W Polsce 67,7% jaj pochodzi z chowu klatkowego. Tylko 23,8% to jaja ściółkowe, 7,1% to jaja z wolnego wybiegu, a zaledwie 1,4% to produkcja ekologiczna. Sieci handlowe odcięły się od prawie 70% krajowej produkcji, licząc na to, że pozostałe 30% wystarczy. Nie wystarczyło.

Dwa rynki w jednym kraju

Polski rynek jaj rozjechał się w przeciwnych kierunkach. Po jednej stronie mamy jaja alternatywne – ich brakuje, więc ceny lecą w górę. Po drugiej stronie jaja klatkowe – leżą w magazynach, bo nie mają odbiorców, więc ceny spadają.

Producenci jaj alternatywnych zarabiają, bo wykorzystują sytuację deficytu. Producenci jaj klatkowych tracą, bo ich towar nie ma gdzie sprzedać. Konsumenci płacą więcej albo w ogóle nie mogą kupić produktu. To klasyczny przykład tego, jak rynek przestaje działać efektywnie.

Rozwiązanie wydaje się oczywiste – przywrócić sprzedaż jaj klatkowych, przynajmniej czasowo. „Najlepszym sposobem na pomoc konsumentom byłoby czasowe dopuszczenie do sprzedaży jaj klatkowych we wszystkich miejscach gdzie nie można ich dziś kupić” – apeluje prezeska Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz.

Tylko że sieci handlowe wpadły w pułapkę własnych deklaracji. Jak teraz wrócić do jaj klatkowych po tym, jak publicznie obiecało się ich bojkot? Media od razu wykryją hipokryzję, organizacje prozwierzęce rozpoczną kolejne kampanie. Łatwiej udawać, że problem nie istnieje.

Jaja z Ukrainy i Turcji zamiast polskich

Branża drobiarska obawia się scenariusza, który dla konsumentów oznaczałby najgorsze możliwe rozwiązanie. Zamiast wrócić do polskich jaj klatkowych, sieci mogą zacząć masowo importować jaja z zagranicy.

Oferty już są. Ukraina, Turcja, nawet Brazylia – producenci z tych krajów widzą szansę i oferują swoje jaja polskim pakowniom. Problem w tym, że standardy hodowli i kontroli sanitarnej w krajach spoza Unii Europejskiej są znacznie niższe niż w Polsce.

„Obawiamy się, że handel detaliczny może wybrać jakościowo gorsze jaja z zagranicy zamiast szukać najlepszego dla polskich konsumentów rozwiązania. Możemy dojść do sytuacji, w której przy ogólnym nadmiarze jaj klienci cierpią na ich niedobory albo muszą kupować jaja od kur hodowanych w innych krajach” – ostrzega Katarzyna Gawrońska.

Ironia jest bolesna. Polskie fermy mają miliony kur, które codziennie znoszą jaja. Te jaja leżą w magazynach, bo nie znajdują nabywców. W tym samym czasie polskie sklepy mogą zacząć sprowadzać gorsze jakościowo produkty z zagranicy, doliczając do nich marżę za „rozwiązanie problemu”.

Wirus, którego nie da się pokonać

Grypa ptaków to nie chwilowa epidemia. Wirus jest obecny na całym świecie od kilku lat i nie znika. Zimą jest szczególnie aktywny, latem nieco ciszej, ale nigdy całkowicie nie ustępuje. Nie ma na niego szczepionki. Nie ma skutecznego leczenia.

Jedyna metoda to prewencja – bioasekuracja na fermach, czyli maksymalna izolacja stad od świata zewnętrznego. A kiedy wirus i tak się pojawi? Całkowita likwidacja stada. Każdy ptak zostaje zabity i utylizowany. W promieniu 3 km wokół fermy powstaje strefa zakazana, w promieniu 7 km obowiązują ograniczenia w przemieszczaniu drobiu.

Odbudowa stada to proces trwający miesiące. Nie można kupić gotowych kur nieśnych i od razu zacząć produkcję. Trzeba wstawić pisklęta, odchować młode kury, poczekać aż zaczną nieść jaja. To minimum kilka miesięcy pracy. I cały czas pod groźbą, że wirus znowu zaatakuje.

Co to oznacza dla czytelnika? Szukaj jaj także w mniejszych sklepach

Przygotuj się na to, że jaja w dużych sklepach mogą być trudno dostępne przez najbliższe tygodnie. Ceny będą rosły, a niektóre placówki mogą mieć całkowicie puste półki w dziale jaj. To nie problem logistyczny ani chwilowy – to strukturalny kryzys, który nie rozwiąże się sam.

Szukaj jaj w mniejszych sklepach osiedlowych. One często nie zobowiązały się do rezygnacji z jaj klatkowych, więc mają normalną dostępność. Stacje benzynowe, sklepy spożywcze przy osiedlach, lokalne hurtownie – to miejsca, gdzie szanse na znalezienie jaj są dziś większe niż w hipermarketach.

Sprawdzaj pochodzenie jaj przed zakupem. Jeśli widzisz jaja po cenach znacznie wyższych niż normalnie, zobacz skąd pochodzą. Importowane z krajów spoza UE mogą być gorszej jakości, mimo że w sklepie kosztują więcej. Polski producent często oferuje lepszy produkt.

Kup większe opakowanie, jeśli znajdziesz jaja w dobrej cenie. W lodówce wytrzymają spokojnie 3-4 tygodnie bez utraty świeżości. W sytuacji, gdy dostępność jest nieprzewidywalna, mały zapas może uratować przed wychodzeniem z pustymi rękami z kilku sklepów z rzędu.

Rozejrzyj się za bezpośrednim zakupem od rolnika. Targowiska, targi lokalne, sprzedaż bezpośrednia – to kanały, które omijają cały problem z sieciami handlowymi i ich decyzjami marketingowymi. Jaja często są świeższe, tańsze, a przy tym wspierasz lokalnego producenta zamiast importerów.

Źródła: Portal Spożywczy / Warszawa w Pigułce

Obserwuj nas w Google News
Obserwuj
Capital Media S.C. ul. Grzybowska 87, 00-844 Warszawa
Kontakt z redakcją: Kontakt@warszawawpigulce.pl

Copyright © 2023 Niezależny portal warszawawpigulce.pl  ∗  Wydawca i właściciel: Capital Media S.C. ul. Grzybowska 87, 00-844 Warszawa
Kontakt z redakcją: Kontakt@warszawawpigulce.pl